CHWILA

      Życie chociażby najdłuższe jest tylko chwilą wieczności,
Przystankiem - w dalekiej drodze ku Bogu.
Nawet najtęższym filozofom w głowach się nie mieści,
Że śmierć jest tylko blokiem startowym do odbicia z progu.

Pascha Pana to sprawiła,
że się nadzieja w nas obudziła,
Że mrok – w światło, śmierć – w życie przemienia,
Że się spełniły odwieczne marzenia.

Najgorętsza Jego miłość to sprawia,
że wiara twoja maleńka jak ziarnko gorczycy cię zbawia.
Nie lękaj się zatrzymać tej chwili jak wskazówek w zegarze
Ona jest cząstką naszej historii pisanej w nieskończoność,
i wieczność z Chrystusem ci wskaże.

Jan Kwaśnik
Sobów, wrzesień 2017 roku



     


SELFIE DLA MARYI

      Maryjo Jasnogórska Pani! Królowo naszego narodu!

Jaką jestem cząstką Twojego oblicza spośród milionów Polaków i rodaków na całym świecie z lechickiego rodu?

Chcę być cząstką Twojej źrenicy bo Ty pierwsza dostrzegłaś, że „wina nie mają”, abym był wyczulony na potrzeby drugiego człowieka, który nieśmiało i pokornie czeka na moją pomoc. Chciałbym patrzeć na każdego z miłością, jak Ty patrzysz.

Chcę być łzą w kąciku Twego oka, bym mógł opłakiwać swoje błędy w żalu doskonałym.

Pragnę być plastrem na rysach Twojego oblicza, by zabliźnić rany zadane przez bolesną historię Ojczyzny, przez nasze rodziny i rozdrapane w sercach naszych.

Chcę być na Twoich ustach, by codziennie mówić Bogu „fijat”, jak Ty wypowiedziałaś i tak jak Ty wyśpiewać Jemu „Magnifikat” za wszystkie łaski, których mi nie szczędziłaś w życiu.

Mogę być cząstką Twoich dłoni, którymi wypełniałaś swoje codzienne obowiązki jako pokorna służebnica, bo chciałbym by moja praca była pożyteczna dla innych i stała się kluczem do przebywania z Tobą.

Mogę być maleńką cząstką postaci Jezusa, bo przytulisz mnie do siebie jak tulisz swojego Syna.

Pragnę być kartką z Biblii, którą Jezus trzyma na kolanach. Może to być na przykład fragment z księgi Tobiasza – gdzie stary Tobiasz przechodzi niezwykle trudne koleje swojego losu w niewoli, ale jeszcze pomaga innym, liczy na pomoc Boga i pragnie szczęścia dla swojej rodziny. Pragnę tych samych łask, których Jemu nie szczędził Bóg 2200 lat temu.

Pozwól mi być cząstką Twojego płaszcza, którym osłonisz mnie i moją rodzinę od nieszczęść.

Chciałbym modlitwą rozświetlić Twoją aureolę, aby przymnożyć Ci chwały. Wystarczy, że moje selfie wypełni tło w Twoim obrazie, bo bezpiecznie jest stać za Twoimi plecami podczas życiowych burz, iść za Tobą drogami, które rozświetlasz swoją miłością i przecierasz mi ścieżki do Jezusa.

Każdy z nas jeżeli tylko zechce może umieścić swoje selfie i swoje serce w Tobie nasza Matko i Orędowniczko.


Jan Kwaśnik
Wpatrzony w obraz Matki Bożej Częstochowskiej,
w kościele w Sobowie,
w uroczystość odpustową 26 sierpnia 2017 roku


Selfie-to zdjęcia wykonane samemu sobie telefonem komórkowym.
Z takich 30 tysięcy nadesłanych zdjęć
powstała mozaika obrazu Matki Bożej Częstochowskiej
w trzechsetną rocznicę koronacji.


     


SŁOŃCE NAD ZACHODEM

      Słońce powoli zniża się ku zachodowi
Na pogodnym niebie.
Powoli też i życie moje chyli się ku ziemi,
Aby spotkać Ciebie.
Coraz mniej Jego ciepły kolor złoty
Dostrzega mym wzrokiem
Co ogrzewało dzień,
Który powoli się kończy nad nieba obłokiem.
Moje trwanie w tym słońcu
Też powoli stacza się do grobu-
Ciało stanie się garścią popiołu,
A reszta będzie oddana na sąd Bogu.
Słońce chociaż świecić przestanie
Bo za horyzontem się skryło
Pozostawia piękniejszą i bogatszą gamę kolorów
Niż wtedy kiedy świeciło.
A co po mnie zostanie?....
Liczę Jezu na Twoje zmiłowanie.

Jan Kwaśnik
Sobów, sierpień 2017 r.






WIARA I NIEWIARA

      CZY mam się równać z Piotrem
Co miał jak gliniany garnek kruchą wiarę ?
On tyle razy w życiu przelał swej niewiary czarę.
Choć był świadkiem cudów wielu.
Do czego mam przyrównać moją wiarę przyjacielu ?
Ten co na morzu jako rybak całe życie przeżył,
Zaczął tonąć bo zwątpił i Mu nie uwierzył.
Uchwyć Panie mą rękę, aż w palcach zabolą mnie kości,
Abym nie utonął w bezmiarze nicości.


CZY mam się równać z Pawłem ?
On nienawiścią do Chrystusa zionął i Go prześladował,
Aż go moc Boża oślepiła by się ustatkował.
Przywróć mi wzrok, abym przez wiarę i ja doznał olśnienia
Jak Szaweł pod Damaszkiem w gorliwego wyznawcę życie swe przemieniał.
Chwyć mnie za rękę, jak córkę Jaira i ożyw mą wiarę
Bym nie miał wątpliwości cienia.
Jak przywróciłeś jej życie i uwierzyli ludzie z otoczenia.


CZY mam być jak Edyta Stein (święta Teresa Benedykta od krzyża) ?
Ta co z judaizmu na ateizm przeszła
Bo nie mogła Boga odnaleźć – bo jej gwiazda olśnienia jeszcze wtedy nie wzeszła
Szukała prawdy o Bogu i wprawdzie znalazła Jego ślady choć nie od razu
I poszła tymi śladami, aż w Oświęcimiu do gazu.
Prawda ją wyzwoliła i Prawda ją przytuliła.


CZY będę tak mądry jak ona
By moja mądrość odkryła prawdę o Bogu
Bym mógł stanąć jak ona u Jego progu ?
Wierzę Panie że jesteś przy mnie na wyciągnięcie dłoni
Choć ja teraz błądzę tak jak niegdyś oni.
Choć mnie nie zniewalasz swoją obecnością
Bo Ty jesteś zawsze delikatną Miłością.
Czekasz tylko kiedy wyciągnę swe ręce z ufnością
Bo po to przyszedłeś by przytulać do serca z czułością.
Zbyt wiele kosztowało Cię moje odkupienie
Byś pozwolił mi odejść w zapomnienie.
Wtedy z wyciągniętą ręką ku mnie robisz pół kroku do tyłu
Jak niemowlaka zmuszają by jeszcze jeden kroczek postawił
Pewnie wystarczy ten jeszcze jeden krok abyś mnie zbawił.
Ulecz mą wiarę z niewiary, by stała się źródłem miłości,
Abym się mógł w niej doskonalić, by była początkiem światłości.

Jan Kwaśnik
Sobów, 13 sierpnia 2017r.




PAMIĘCI STANISŁAWY RÓŻAŃSKIEJ

      Woda nie musi być głęboka,
Aby odbijało się w niej niebo.
Wystarczy, że jest czysta i spokojna.
Człowiek nie musi mieć wysokich pozycji społecznych,
ani tytułów naukowych.
Wystarczy zaufać Bogu, potwierdzić to pracą i modlitwą
tak jak śp. Stanisława Różańska,
aby osiągnąć szczyty Jego miłosierdzia.

Jan Kwaśnik
Cholewiana Góra – Sobów 11 lipca 2017r.
w dniu pogrzebu Mamy Ks. Proboszcza




Elegia o Wielkim Tygodniu

      NIEDZIELA PALMOWA

      Jezus Chrystus postanowił, że na święto paschy wjedzie do Jerozolimy razem ze swą chwałą,
Jak na Mesjasza, Odkupiciela, Syna Boga wiecznego, Króla wieków przystało.
Zdumieli się faryzeusze i w piśmie uczeni
Jakim prawem to czyni. I mieli już na niego haka, że się Królem mienił- Tym właśnie zawinił.
Woleli mieć cesarzem okupanta co ich wolność stłamsił
niż Króla serc ludzkich, który nadłamanej trzciny nie złamał, nikłego promienia nie zgasił
Wjechał na osiołku a przed nim słano swoje szaty i gałązki palmowe z drzewa pokoju
jakie rośnie w tym kraju,
by się spełniły zapowiedzi proroków o Królu
co wiedzie swych poddanych do wiecznego raju.
Jezus nie wjeżdża na koniu we zbroi jak imperator z licznymi legiami,
Za którym ciągnęli się jeńcy zakłuci w kajdany.
Nie uśmiecha się, nie kłania, nie pozdrawia, ale wzrok ma utkwiony w oddali,
Bo nie do takiego królestwa ich wiedzie jakby sobie wszyscy to wyobrażali.
W Jego sercu ”hosanna” odbijało się bolesnym echem „ukrzyżuj”
Jak pisze święta siostra Faustyna (1028) w swej wizji.
Zaskoczeni faryzeusze, że Jezus nie przychodzi do Jerozolimy jak zawsze cicho
i spokojnie, już węszą w tym jakiś postęp niebywały
A on ku zaskoczeniu wszystkich przyjął postawę „Króla chwały”
I zniweczył ich podstępny zamiar prawie doskonały.
Kazali mu tłum uciszyć by nie wzbudzić Rzymian gniewu.
Pan im odpowiedział „Jeżeli oni zamilkną kamienie mówić będą”.
Do miasta wjechał Jezus przez Bramę Złotą co najbliżej świątyni była ,
A wszyscy skandowali jego imię by się chwała Jego w samym centrum objawiła.
Nawet ciekawscy Grecy z życzliwym nastawieniem z daleka przybyli.
Prosili Filipa i Jana, aby Jezusowi ich przedstawili.
Jezus widzi w duszach tłumu niecierpliwość i pragnienie doczesnych triumfów w ludzkim ciele
Wie, że tylko ziarno, które obumrze przynosi owoców wiele.
Kiedy zachodzące słońce oblewało świątynie od zachodu szkarłatem
Ludzie już nie tak licznie otaczają nauczyciela i wracają powoli do
codzienności by żyć swoim światem.
Kapłani wstępują boso po schodach świątyni
By rytuał uczty ofiarnej czynić
Nie w ten sposób jak dziś nie uda się zmusić Kajfasza
By namaścił na króla tak nieobliczonego Mesjasza
W ślad za nim schodzą uczniowie do Złotej Bramy
I idą powrotną drogą do Betanii


      WIELKI PONIEDZIAŁEK

      Pan zatrzymał się w domu u swoich przyjaciół
Trudno dziś dociec czy u Szymona zwanego Trędowatym
Czy też do Łazarzowej Marii i Marty wstąpił chaty
W poniedziałek wcześnie rano opuszcza gościnne progi,
Bo wie, że czas Go przynagla do krzyżowej drogi.
Przychodzi do świątyni gdzie już pobożni Żydzi odmawiają Litanię osiemnastu błogosławieństw.
Wokół Jezusa tłum ludzi się gromadzi,
A On niezmordowanie wszystkim odpowiada, by nie zostawić cienia wątpliwości na stek zarzutów co na niego spada.
Potem wyszedł ze świątyni głodny i zmęczony
Ujrzał drzewo figowe i podszedł do niego wielce ucieszony,
Że znajdzie na nim owoce ale został zawiedziony.
„Niechaj nikt więcej owoców z ciebie nie spożywa”
I figa w kilka chwil stała się nieżywa.
Egzegeci i teolodzy wylali morze atramentu
Jak wyjaśnić ten „cud kary” by nie siać w naszych głowach żadnego zamętu
Tłumaczenie jest proste: ta figa bez owoców to człowiek okryty bogatymi liśćmi swojej dostojności,
Który nigdy w żuciu nie przyniósł nikomu plonów swej miłości.
Jest to dla wszystkich przestroga od Boga że kiedy opadną z nas bogate liście pozorów
Ukażą się gołe konary
I pustka bez miary


      WIELKI WTOREK

      Usiadł Jezus ze swymi uczniami przed świątynią by obserwować jak przechodnie do skarbon ofiary składali
I jak przy tym niektórzy obłudnie się zachowywali.
Przystąpili do Niego na przemian odwieczni wrogowie
Raz faryzeusze raz saduceusze z podchwytliwymi pytaniami nadsłuchując uważnie co On im odpowie
Pytali czy na koprze i mięcie można się wzbogacić,
Czy mają cesarzowi daniny zapłacić, albo o prawo lewiratu, aby Go ośmieszyć.
Opanował go wreszcie święty gniew na tych, którzy nie szukali w Jego nauce miłości,
Prawdy, szczerości i drogi do wieczności,
Jedynie dociekali swej pozycji pychy i chytrości.
Biada wam obłudnicy faryzeusze i w piśmie uczeni
Co objadacie biedne wdowy pod pozorem długich modlitw i filakterii cieni.
Podobnie wyglądacie jak groby pobielane
co są na zewnątrz piękne, a w środku wszelkim plugastwem wypchane
Jezus po tym spotkaniu głęboko był zasmucony, że Jego wysiłek przechodzi na marne
Bo faryzejskie charaktery zaślepione pychą były nadal czarne.
Wieczorem kiedy Mistrz z apostołami przez dolinę Cedron wracali
Uczniowie w świetle zachodzącego słońca piękno świątyni podziwiali
Jezus im wtedy powiedział :„Nie przeminie to pokolenie kiedy z tej świątyni
kamień na kamieniu nie zostanie”.
W 40 lat później (70r n.e) to piękne miasto w apokaliptyczny sposób zostało zniszczone.
Tak słowo Pańskie było uiszczone
Zapowiedział też, że przyjdzie kiedyś nad światem dzień ostatecznego sądu
I będą się działy rzeczy straszne z tego względu


      WIELKA ŚRODA

      Tego dnia Pan Jezus zapewnie został w Betanii.
Według św. Marka i św. Mateusza jest na obiedzie u Szymona
Gdzie już po raz czwarty Jego Meka jest zapowiadana „wiecie, że po dwóch
dniach będzie Pascha i Syn Człowieczy będzie wydany,
Aby był ukrzyżowany”
Przy obiedzie też rzecz dziwna się stała
Bo pewna kobieta drogi nardowy olejek na głowę Mistrza wylała.
Wśród uczniów z niezadowoleniem sarkano,
Że to mnóstwo pieniędzy na Jego głowę wylano.
To w środę zebrali się kapłani i starsi u Kajfasza aby uradzić
Jak Go podstępnie pojmać, a potem Go zgładzić.
Wtedy to niespodziewanie pojawił się Judasz z propozycją „co mi chcecie dać,
Abym mógł Go wydać?”
Uradzili, że trzydzieści srebrników to cena przyzwoita,
Tyle bowiem wynosiła zapłata za śmierć niewolnika.
Przeliczając to na dzisiejsze zakupy
Można by sobie skromne ubranie i liche buty kupić.
Trudno się temu dziwić, bo dzisiaj też pycha i mamona,
To najczęstsze przypadki, za które Bóg w naszych sercach kona.


      WIELKI CZWARTEK
     
O czwartkowym dniu nic nie mówią święte ewangelie.
Mamy wszelkie dane by przypuszczać, że ostatni dzień przed męką spędzili z Nim: rodzina bliscy i przyjaciele.
Jego matka z krewnymi była już w Judei
Bo nazajutrz z niewiastami już pod krzyżem stała
I na konanie syna boleśnie patrzała.
Dopiero wieczorem uczniowie przygotowali Wieczerzę Paschalną
Piotr i Jan obszerny pokój na górze u pewnego gospodarza wybrali.
Wieczernik z długim stołem zastawiony sofami i w dywany usłany.
Pokój przestronny miał przydać tej uczcie wspaniałości,
Który miał ogromne znaczenie dla chrześcijan przyszłości.
Zasiadając najpierw złożyli Bogu dzięki za wino i za dzień,
Potem maczali przaśny chleb w czerwonym sosie
I dwa pierwsze kielichy z trzema słonymi kroplami wody pili,
Na pamiątkę łez wylanych w egipskiej niewoli.
Następnie psalm sześćdziesiąty trzeci na pamiątkę przejścia przez morze wyrecytowano
By oddać cześć Bogu tego dokonano.
Później jedli jagnię z gorzkimi ziołami.
Na koniec wypijali ostatnie dwa puchary
I odśpiewali hymn dziękczynny czteroma psalmami (65-68).
Tańcząc wokół Jezusa śpiewali hymny uwielbienia,
Ale radość Chrystusa powoli w smutek się zamienia.
Wstaje Pan od wieczerzy, składa szaty swoje
Przynosi wodę w misie i się przepasuje.
Pochyla się nad każdym, umywa mu nogi.
Tym znakiem wymownym wszystkim kruszy
Pychę, zazdrość i lenistwo – skorupę ludzkiej duszy.
Umyłem wam tylko nogi, bo jesteście czyści
Ale nie wszyscy bo jeden z was mnie wyda.
Czy to ja Panie odezwał się winowajca,
A był nim Judasz Iskariota – zdrajca.
Wyszedł Judasz zdrajca w noc ciemną.
Niektórzy myśleli, że może poszedł coś jeszcze zakupić,
A on ślepo wiedziony przez grzech, dał się Złemu złupić.
Tymczasem Jezus wziął chleb, łamał, błogosławił i dzięki Ojcu czynił
I w ciało swoje go przemienił.
Następnie wziął kielich z winem, modlił się i dziękczynienie czynił
I wino w krew swoją przemienił.
Polecił uczniom na pamiątkę swej męki to czynić
By jedną krwawą ofiarę w bezkrwawe zamienić.
Po komunii Pan wygłosił do nich mowę końcową,
W której podsumował głoszone przez trzy lata słowo.
Na zakończenie Bogu niewidzialnemu
Polecił wszystkich w gorącej modlitwie arcykapłańskiej Ojcu Niebieskiemu.
Na końcu mówił apostołom, że nadejdzie czas próby i walki i wyniszczenie.
Wychodząc z wieczernika pokazali mu, że mają dwa miecze, pojmując dosłownie tych słów znaczenie
Wystarczy – Pan na to rzecze.
Przy tym zapewne uśmiechną się z nieskończoną litością,
Bo cóż znaczą dwa miecze w porównaniu z tłumem przepełnionym złością.
Nad uśpionym miastem świecił jasno księżyc Paschy,
Kiedy Jezus z apostołami szli mijając kręte uliczki obok Antonii
Przyszli do gaju oliwnego nad potokiem Cedron.
Może tam chcieli przenocować w budynku gdzie była „prasa na oliwę”
Co po hebrajsku znaczy Getsemani.
Skoro weszli do ogrodu Pan im polecił „zostańcie tu i módlcie się byście nie ulegli pokusie”,
Ja odejdę nieco dalej bo też modlić się muszę.
Upadł Mistrz do modlitwy gorącej, gdzie zmagały się dwie natury Jezusa
Ta ludzka pewna trwogi, bólu i słabości
Z naturą boską przepełnionej miłości.
Aż anioł z nieba przyszedł mu z pomocą,
By Go umocnić bożą mocą.
Kiedy spotkał śpiących apostołów, których ciało dopadło znużenie,
Wtedy jeszcze większe czół osamotnienie.
Lecz poddał się najświętszej decyzji Ojca swego
Bo po to się narodził i po to będzie cierpiał, by spełnić wolę Jego.
Musiał stać się człowiekiem grzesznej, ludzkiej rodziny,
Aby doskonale zrozumieć nasze grzeszne czyny.
Tymczasem Judasz śledząc Mistrza uprzedził kapłanów i starszych rady
Dopuszczając się swego nauczyciela zdrady.
Pachołkowie świątyni, żołnierze i tłumy przybyli z nim z latarkami, kijami i mieczami,
Oprawcy i draby rzucili się na Pana.
Pojmali i uprowadzili do Annasza, byłego arcykapłana,
Co zręcznie przez siedem lat ten urząd piastował
A później pięciu synów i zięcia na to stanowisko przeforsował.
Prawdopodobnie jeszcze nocą odbyło się pierwsze przesłuchanie,
I było jakby próba generalną – co się rankiem stanie.
Wielka rada zgodnie z Kajfasza pomysłem doskonałym
Uchwaliła, że jeden człowiek umrze za naród cały.


      WIELKI PIĄTEK

      Noc dla szpiegów i gońców była nieprzespana,
By żałosny proces zacząć już od rana.
W tym naprędce skleconym przewodzie sądowym
Bito Go zeznania świadków się nie zgadzały, bluźnierstwa nie udowodniono.
Nadano tylko pozory prawne by niewinnego zgładzono.
W tym czasie rozegrała się tragedia sumienia na dziedzińcu pałacu Kajfasza
Piotr zaparł się trzy razy swego Mistrz i łzami przeprasza.
Oskarżonego powierzono straży pałacowej, sługo i lokajom,
Którzy sobie zabawę grubiańską z Panem urządzają.
Zawiązali Mu oczy, szydzili i prorokować kazali,
A oni świetnie się przy tym bawiąc w twarz go uderzali.
Kiedy nastał ranek zaprowadzono Jezusa przed Sanhedryn: w pośpiechu i bez
dowodów rzucano oszczerstwa,
Aby go na śmierć wydać za bluźnierstwa.
Wiadomość o wyroku śmierci Jezusa w Sanhedrynie
Rozeszła się lotem błyskawicy po całej Jerozolimie
Judasz dowiedziawszy się, że jego Mistrz został skazany,
Przejęty żalem rzucił trzydzieści srebrników przed kapłany
„zgrzeszyłem wydając krew sprawiedliwego”.
Oni zaś rzekli obojętnie „to twoja sprawa, a cóż nam do tego”.
Do dziś egzegetom teologom i psychologom
Różne hipotezy snują się po głowie
Czy zdrada i samobójstwo Judasza to: zazdrosna miłość, skomplikowana
osobowość, zwykła pycha i chciwość
Czy sedno tkwi w proroków słowie.
Srebrników skalanych niewinną krwią nie wciągnięto na świątynny inwentarz,
Ale przeznaczono je dla cudzoziemców na cmentarz.
Do rzymskiego prokuratora Piłata już przed szóstą z rana
Przyprowadzono obitego ,oplutego i sponiewieranego Pana.
Żydzi nie weszli sami do pretorium przed paschą, aby się nie skalać.
Wyszedł więc do nich Piłat by z nimi rozprawiać.
Oni przyszli już z wyrokiem gotowym w swym chytrym sposobie „gdyby on nie był
złoczyńcą nie wydali byśmy go tobie”
Ty możesz tylko wyrok ten wydać bo nam nie wolno zabijać.
Żydzi tym razem wymyślili powód na wskroś polityczny,
Że Jezus podburza naród i jest dla Rzymu niebezpieczny
Co dla Piłata był to problem trochę kłopotliwy
I dla jego kariery bardzo niebezpieczny.
Po zadaniu mu kilku pytań i pokornej odpowiedzi wyrobił sobie o nim zdanie:
„Ja nie znajduję w nim winy to biedny człowiek i prostak niesłychanie.”
Odesłał go więc by stanął przed Herodem choć Idumejczyk nie miał jurysdykcji
zdobył się Piłat na ten ironiczny krok .
Bo nie chciał brać odpowiedzialności za fałszywy wyrok.
Znów zaciągnięto Pana przed oblicze Heroda, który się bardzo tym pocieszał,
Że może jaki cud uczyni bo wiele o tym słyszał
Jezus nie uznaje władzy nędznego tyrana
Okazuje mu swoją pogardę milczeniem i nie odpowiada na żadne pytania
Herod przyodziawszy Go w biała tunikę odesłał do Piłata,
A swego rodzaju „kawałem” była ta biała szata.
Tak sobie wysoko cywilizowani dostojnicy żartowali z Bożego majestatu
Pokazując swoją pychę władzę i pogardę ówczesnemu światu.
Już czwarty raz ulicami Jerozolimy w ciągu dziesięciu godzin przechodziła ponura parada.
Ryczał motłoch, kapłani domagając się śmierci tego człowieka z pogwałceniem prawa.
Piłat zwlekał z wydaniem wyroku,
Bo przesłuchawszy nieszczęśnika nie znalazł winy w tym człowieku.
Zasiadł znów do rozprawy by Jezusa ułaskawić
Bo był zwyczaj że na święto paschy można jednego więźnia od śmierci wybawić.
Zaślepiony tłum wybrał jednak Barabasza winnego rozruchów i zabójstwa.
Co mam zrobić z tym, którego nazywacie królem żydowskim- jak mam ukarać Jezusa.
Ukrzyżuj Go! Ukrzyżuj! Krzyczała rozwścieczona tłuszcza.
Nie pomogło wstawiennictwo Klaudii choć we śnie wiele wycierpiała
I męża do uniewinnienia Pana szczerze namawiała.
Piłat zmuszony przez podburzone tłumy do wypuszczenia bandyty
Odwlekając ostateczny wyrok zarządza biczowanie, niewinny Jezus otrzymuje
straszliwe czterdzieści baty.
Żaden skazaniec takiej chłosty nie wytrzymuje,
Jego hyba tylko Opatrzność od śmierci ratuje
Potem rozpasane żołdactwo zabawę „saturnali” urządziło sobie
I ofiarę saturna znalazło w tej boskiej osobie.
Szkarłatny płaszcz na niego włożyli, kija jako berło mu do ręki dali
I koroną cierniową ukoronowali.
Bili Go i opluwali ,a klękając przed nim się naigrywali.
Po jakimś czasie prokurator wyszedł na ganek z nadzieją, że w tłumie litość się obudzi
Gdy zobaczą nędzę i tragizm najlepszego z ludzi.
Mylił się Piłat że tłumy zwyrodniałe
Ulitują się gdy ujrzą ciało człowieka tak bardzo zbolałe.
Oto człowiek. Nie widzę w nim żadnej winy im tłumaczył
Czym jeszcze bardziej kapłanów i motłoch rozwścieczył.
Kiedy usłyszał, że „jeśli go wypuścisz nie jesteś przyjacielem cesarza”
Zrozumiał, że zawsze się tak zdarza
Gdzie w grę wchodzą: przemoc, kłamstwa i intrygi pilne.
Prawo jest bezsilne.
Wydał im na ukrzyżowanie Boga-Człowieka niewinnego,
A umywając ręce powiedział „nie jestem winien krwi tego sprawiedliwego”.
Tuż przed południem z twierdzy Antonina ruszyła parada śmierci ze swym ceremoniałem.
Na oczach gapiów na czele szedł herold z napisem Jego winy i dowódca ze swym oddziałem
Za nimi szedł Jezus z krzyżem resztkami sił patrzył miłosiernym wzrokiem i pełen powagi
Mimo zmęczenia, doznanych ran i śladów zniewagi.
W ostatniej chwili zdecydowano na miejsce kaźni dwóch bandytów posłać na ukrzyżowanie,
Bo już prorok Izaasz pisał „będziesz policzony między zbrodniarzami Panie”.
Pochód wśród ciasnych uliczek, straganów, zgiełku i skwaru południa bez cienia
Nie miał nic z dostojeństwa choć zbliżał się czas odkupienia.
Setnik obawiał się, że Jezus uniknie kary i przedwcześnie umrze,
Dlatego przymusił Szymona z Cyreny by pomógł w niesieniu krzyża, aż na wzgórze.
Tradycja głosi, że Pan nie został dłużny za jego przysługę z dobrymi uczynkami
I otrzymał łaskę nawrócenia razem ze synami.
Przerażające w tym okrutnym zajściu jest to, że wzdłuż drogi stały nie tylko
sadystyczne wyrostki, żebracy i obojętni widzowie,
Ale na pewno i przyjaciele, słuchacze i ci co pan przywrócił im zdrowie.
Prawo żydowskie przewidywało przecież,
Że do ostatniej chwili interwencja chociaż jednego członka społeczności
Mogło położyć kres tej niegodziwości.
Jak niegdyś Daniel uratował cnotliwą Zuzannę, ofiarę pomówień i starców podłości.
Na pewno woźny Sanhedrynu stał na progu i powtarzał
I tej nadziei można było się imać
„jeśli chcecie uratować niewinność Jezusa-
Spieszcie się bo jeszcze można egzekucje wstrzymać”.
(jeśli odpowiedni paragraf nie był w tym procesie pogwałcony)
Ale nikt nie powiedział jednego słowa i nikt nie zrobił jednego ruchu dla Jego obrony.
Jak taka obojętność jest wprost niesłychana,
Bo co tylko pięć dni wcześniej śpiewano Mu „hosanna”
Chyba kobiety, które szły za Jezusem były odważniejsze, a może mniej ostrożne
Idąc za Nim szlochały i twarz mu ocierały
On ostatnich rad im udzielał bo wiedział co za czterdzieści lat się tu wydarzy,
A one nie wiedziały.
Dziwny orszak nienawiści wyszedł „Bramą Efraim”
Na wzgórze „Trupiej Głowy”
Gdzie Jezus Chrystus odkupiciel dla naszego zbawienia zawisnąć był gotowy.
Tam gdzie kult śmierci nadmiernie się rozplenia
Tak makabryczna procesja nie robi już wrażenia.
Nim przystąpiono do egzekucji podano Mu wino z mirrą zmieszane dla
oszałamiania,
Ale Jezus odmówił bo śmierć, na którą się godził musiała być świadoma i bez fałszowania.
Potem odarto go boleśnie z szat co się do ran kleiły
I ukazał się widok zbitego ciała okropnie niemiły.
Żołnierze przybili najpierw ręce rozciągając je mocno na poprzecznej belce,
Przez co skazanemu oddychanie utrudniało wielce.
Do pionowej belki przybito mu nogi
Po której spływały strumienie krwi drogiej.
Oprawcy po skończonej czynności usiedli w cieniu krzyży, grali sobie w kości
I rzucali losy do kogo ma należeć tunika
Co ją zdarli przed chwilą z tego nieszczęśnika.
Bo to za tę rzeźnię był rodzaj zapłaty- „napiwek”.
Tyle wart był Bóg-Człowiek.
Tym czasem przyszli pod krzyż kapłani dumni ze swojego dzieła
I widokiem nieopisanej męczarni się napawali.
Krzyczeli głośno. Hej ty! Zstąp z krzyża! Ufałeś ojcu niech cię teraz ocali.
Zachęcając do tego gapiów tak Mu urągali.
Innych ocalał niech sam siebie ocali.
Jezus już przymglonymi oczami wiedząc, że śmierć się już zbliża
Modlił się i patrzył miłosiernie na wszystkich z wysokości krzyża.
Przebaczył swoim oprawcom i łotrowi żałującemu przyrzekł,
Że jeszcze dziś będzie z nim w raju,
Bo jako Dobry Pasterz gniewać się nie ma zwyczaju.
Swojemu najmilszemu uczniowi oddał w opiekę swą Matkę co pod krzyżem stała tak bardzo zbolała.
Potem ucznia swego oddał w opiekę matczyną,
Abyśmy wszyscy co należymy do Chrystusa jedną stali się rodziną.
„Boże mój! Boże! Czemuś mnie opuścił?”
Tak modlił się słowami psalmu (21) pełnego ufności.
Powierzył ducha swego Ojcu Niebieskiemu.
Była trzecia godzina po południu gdy skonał Bóg-Człowiek
Miłość z Miłości.
Słońce jak podczas ciemności egipskich niebawem się zaćmiło
Bo wiatr od pustyni przywiał piaskową burzę i go zasłoniło.
Tłum w strugach deszczu i piorunów milknie.
Mędrców i kpiarzy ogarnia niepokój i trwoga,
Że uśmiercili Boga.
Ziemia zadrgała, skały popękały a z grobów umarli powstali i nawróciło się wielu co pod krzyżem stali.
W świątyni przystąpiono do przygotowań paschalnych.
Słychać żałosne beczenie owiec przeznaczonych na rzeź do obrzędów sakralnych.
Niewdzięczny Izrael był pochłonięty drobiazgami swego rytuału,
Tymczasem męka, krzyż i śmierć Chrystusa zmienia jego znaczenie pomału.
W chwili kiedy Jezus oddał ducha zasłona świętego miejsca się rozdzierała,
Które oddzielała Święte i kapłanowi raz w roku dla okadzenia wejść pozwalała.
Nowe Przymierze zmienia ten rytuał i do świątyni mogą wchodzić wszyscy ludzie,
By się przekonać o największym cudzie,
Gdzie Pan Jezus pod postaciami wina i chleba,
Przyjmuje na audiencji we wszystkich potrzebach.
W Jerozolimie po burzy słońce już zachodziło i czas szabatu się zbliżał.
By miasto całe się nie skalało trzeba było ciała zdjąć z krzyża.
Poszli więc dwaj członkowie Wysokiej Rady co się decyzjom sanhedrynu sprzeciwiali
Prosić Piłata by im ciało Jezusa wydali.
Piłat nie miał nic przeciwko temu,
Tylko się zdziwił mocno zgonowi szybkiemu.
Posłał żołnierzy by sprawdzić czy skazańcy już umarli.
Dwom złoczyńcom połamali nogi, a Jezus już nie żył więc mu bok otwarli.
Z serca Jego wypłynęła krew i woda
Dla nas grzesznych nadzieja i w sakramentach ochłoda.
Pośpiesznie zdjęto z krzyża ciało Syna i na kolanach Matki złożono
By mogła przytulić do serca to co wydało Jej łono.
Owinięto je w całun i chustę na głowie położono.
Nieopodal Golgoty w nowym grobie Józefa z Arymatei Go złożyli.
Nikodem przyniósł sto funtów (32kg) pachnących ziół, którym ciało w grobie obłożyli.
W ten sposób cześć i szacunek Mesjaszowi oddali.
Tak jak my dzisiaj na groby zanosimy kwiaty,
Które są wyrazem szacunku, wdzięczności i zapłaty.
Zmrok już zapadł gdy zatoczono kamień na otwór grobowy.
Pisma nic nie mówią czy zacny Józef i Nikodem nie popadli w rytualne nieczystości
Bo po głosie srebrnych trąb chyba nie zdążyli na paschalne uroczystości.
Pewnie bardziej sobie cenili niż tradycje i rytuały-prawo do miłości
Nazajutrz po Przygotowaniu zebrali się Żydzi u Piłata.
Przypomnieli sobie, że Ten „Zwodziciel” powiedział, że zmartwychwstanie dnia trzeciego.
Chcieli by i straże i pieczęcie przyłożył na grobie zmarłego.
Na nic straże, pieczęcie i skały
Nad grobem Zmartwychwstałego się zdały.


      WIELKA SOBOTA

      W sobotę ciało Jezusa w grobie spoczywało
Jak ziarno pszenicy, które w ziemi obumarło,
By następnego dnia z rana dając nowe życie znów zakiełkowało.
Dusza Jego „wstąpiła do piekieł” by wydobyć z otchłani tych, którzy już dawno pomarli,
By ogłosić im niebo, aby do niego dotarli.
W Jerozolimie świąteczna powaga, wszystkie zgiełki się wyciszyły
Tylko pobożne niewiasty siedząc w domu, bardzo się martwiły
Kto nam potężny kamień od grobu odsunie w ten niedzielny ranek,
Bo przygotowały do namaszczenia ciała zioła: nart, aloes i majeranek.
My w sobotni dzień klęcząc pochyleni nad Jego grobem
Będziemy rozmyślać jakim by tu sposobem
Poprowadzić nasze życie drogami świętości,
By skorzystać z owoców odkupienia Miłosiernej Miłości.


(Jan Kwaśnik,
09.04.2017 r.)



„Na schodach Świątyni Jerozolimskiej”

      W Niedzielę Palmową schodziliśmy po schodach świątyni
Kiedy już kończył się dzień.
Oznajmiłem wtedy Jezusowi, że biorę urlop
Na cały przyszły tydzień.
Spotkamy się w niedzielę wieczorem
Przed restauracją w Emaus – dodałem.
Bo na mnie już czas – pomyślałem.
Przeczuwałem jak nieprzyjazna atmosfera wokół Mistrza nastaje,
Jak wrogów przybywa, jakie mają zamiary i jakie są ich zwyczaje.
Może przez ten tydzień wszystko się dobrze ułoży?
I znów będzie jak dawniej –
Pan na pustkowiu chleby nam rozmnoży,
Będziemy dalej obchodzić i miasta i wioski i głosić słowa o miłości
Będą się tłumy przeciskały do Pana, by leczył ich dolegliwości.
Podziwiać będziemy jak chodzi bosymi nogami po jeziorze,
Albo groźne żywioły ucisza co rozhuśtały morze.
Ktoś nas czasem na ucztę zaprosi
I trzos na różne potrzeby będziem za Nim nosić.

Pan nic na to nie odrzekł, bo urlop się należy
Tylko spojrzał na mnie z takim smutkiem, żem bardzo to przeżył.
Nie chciał żadnym słowem, ni gestem wpłynąć na decyzję mej woli.
Tylko po świątynnych schodach zamyślony schodził ostrożnie, powoli…

Za tydzień w niedzielę zgodnie z obietnicą w Emaus pod gospodą stałem
Bo znów do grona uczniów przyłączyć się chciałem.
Pan niebawem przechodził z nimi, ale byli tak zajęci rozmową miedzy sobą,
Że mnie nawet nikt nie zauważył, by zabrać mnie z sobą.
Rozmawiali o śmierci, o królestwie i o życiu nowym,
A ja nie mogłem pojąć treści tej rozmowy.
Weszli wszyscy do środka.
Ja stałem jak oszołomiony, bo nie czułem się w żaden sposób żem jest
zaproszony.
Ominęły mnie przez ten tydzień urlopu najważniejsze wydarzenia:
Kiedy to Pan w Eucharystii siebie w Chleb przemieniał,
Dziwiłem się gdy ogarniał wszystkich swą miłością co z krzyża spływała,
Przeoczyłem nawet cud zmartwychwstania gdzie totalna klęska zwycięstwem się stała.
Wrócę więc teraz do Ciebie gdzie przed tygodniem było nasze rozstanie
I będę zawsze przy Tobie bezpieczny i odważny z Twą pomocą Panie.
Zrozumiałem, że jeśli chcę coś wielkiego ze swego życia uczynić,
Muszę znów wrócić na schody Jerozolimskiej Świątyni.

(Jan Kwaśnik,
09.04.2017 r.)



Epitafium dla Pani Kazimiery Ożgowej

      Kochana Kaziu, teraz pragniesz usłyszeć tylko to jedno zdanie,
- Nim ciało Twe złożymy na krawcowskiego lasu skraju –
Które wypowiedział z wysokości krzyża Pan:
„Zaprawdę dzisiaj jeszcze ze mną będziesz w raju”.
Będziesz słuchać u boku swego męża wiecznego szumu drzew
Co się niebawem zamieni w radosny świętych śpiew.

(Jan Kwaśnik,
Krawce 11.11.2016 r. )



MIŁOŚĆ BLIŹNIEGO

Dobre słowo otwiera serce

         Jak na co dzień wypełniać chrześcijańską misję miłości bliźniego?

         Świadomość zaszczytu bycia chrześcijaninem, poczucie odpowiedzialności za przynależność i godność wyznawcy Chrystusa, dojrzewa w nas bardzo indywidualnie, czasem niemal przez całe życie. Rodzinne i osobiste praktykowanie, nauka religii, poszczególne szczeble wtajemniczenia w wierze, udział w liturgii nabożeństw, przeżycia i obserwacja zgodności słów z czynami, wpływają na kształtowanie naszych postaw.

         Fundamenty zakłada najbliższe otoczenie - począwszy od rodziny, poprzez różne kręgi społeczne. Słowa nas uczą, a przykłady wychowują, aż z upływem czasu nabieramy przekonań, które krystalizują się w postaci niewzruszonych zasad. Nasze relacje między sobą: siostrzane, braterskie, rodzicielskie, małżeńskie, szkolne, koleżeńskie, zawodowe, urzędowe, publiczne, są obszarem praktykowania Chrystusowego nakazu miłości bliźniego, jak siebie samego. Jak ja go wypełniam i jak to czynią inni wobec mnie, możemy ująć przysłowiem: ”Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”. Spotykamy przykłady wzniosłe, chwytające za serca, zachowania godne, z klasą - to jedna strona medalu. A ta druga, pozbawiona znamion życzliwości, szpetna, czasem dramatycznie przykra, wcale nie przytrafia się sporadycznie, poza najbliższym, rodzinnym kręgiem. Nasza mapa pamięci, mapa serca, rejestruje. Uczymy się, doświadczając nie tylko dowodów miłości.

         Chrystus zostawił nam modlitwę (Ewangelia św. Łukasza 6.3), która nawiązuje do nakazu miłości i bardzo czytelnie definiuje zależność oczekiwanego miłosierdzia Bożego, z respektowaniem miłości wobec bliźniego. Są to słowa: „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom.”

         Zastanówmy się nad wymową naszej najstarszej modlitwy.

         OJCZE NASZ, KTÓRYŚ JEST W NIEBIE - zwracamy się w codziennej modlitwie i podczas liturgii Mszy świętej do Pana naszego, Boga Ojca, tuż po złożeniu wyznania wiary: „Wierzę …”. Potwierdzamy nasze stworzenie, nadzieję na powrót do ojczyzny niebieskiej. Abba Ojcze, uznajemy, że wszyscy jesteśmy dziećmi, o takich samych prawach wobec Ciebie, jak wobec siebie. Równość w prawach boskich jest przeniesiona do ludzkiego prawodawstwa.

         ŚWIĘĆ SIĘ IMIĘ TWOJE – Ojcze nasz, jesteś dla nas świętością, godną najwyższego szacunku w bytowaniu, pełnieniu obowiązków. W Imię Boże, znakiem krzyża rozpoczynamy dzień, ważne zajęcia, podróż, zawody, biznes, wspinaczkę, maturę i inne przedsięwzięcia życiowe. Zwracamy się do Dobrego Ojca pamiętając o uszanowaniu świętości Imienia. Pamiętamy o przestrodze: "Nie przywołuj Imienia Pana nadaremno".

         PRZYJDŹ KRÓLESTWO TWOJE - apelujemy głęboko przekonani, że gdy nastanie, zaleczone będą nasze rany, nastanie kres przykrości, zapanuje sprawiedliwość. Uznajemy się za poddanych i członków społeczności Bożego panowania. Ty jesteś naszym Władcą, potrzebujemy Twej opieki nie tylko wtedy, gdy nam zagraża niebezpieczeństwo, krzywda. Wyrażamy tęsknotę za życiem jak w raju, wyrażamy wiarę i nadzieję doznania respektowania praw Bożych.

         BĄDŹ WOLA TWOJA JAKO W NIEBIE TAK I NA ZIEMI - wyrażamy wolę poddania się Boskim prawom, które winny panować w naszych rodzinach, społecznościach, krajach, państwach, organizacjach, instytucjach. Oznacza to potwierdzenie naszego zobowiązania do praktykowania tu i teraz nakazu Jezusa - miłości bliźniego. W świetle różnicy poglądów i sporów społecznych, miejmy na uwadze, czy nie zachodzi dysonans słów modlitwy z naszymi priorytetami społeczno-politycznymi, w relacjach codziennych.

         CHLEBA NASZEGO POWSZEDNIEGO DAJ NAM DZISIAJ - potrzebujemy Twego pokarmu, jakim jest dobro, piękno, prawda, sprawiedliwość, uczciwość, miłość, a nie tylko dosłownie kromki posmarowanej masełkiem i jeszcze z szyneczką. To oczywiste, że potrzebujemy godnej pracy, gwarantującej zaspokojenie potrzeb biologicznych, materialnych oraz bezpieczeństwa i aspiracji. I temu ma służyć uczciwa władza, praca, uczciwy zarobek, bo chleb Pański nie może być zakalcem.

         I ODPUŚĆ NAM NASZE WINY, JAKO I MY ODPUSZCZAMY - mocno wierzymy w Ojcowską dobroć, miłosierdzie, tolerancję Pana bez zapominania o sprawiedliwości Bożej. Litania przykładów pogwałcenia praw i godności drugiej osoby przypomina niekończący się pochód w kierunku zatracania człowieczeństwa. Nasze winy niosące krzywdy, łzy, poczucie poniżenia, niesprawiedliwości wobec czasem nawet najbliższych osób w rodzinie, bardzo wiążą się z łamaniem, naruszaniem darów Ducha Świętego, przykazania Jezusa, abyście się wzajemnie miłowali. Jeśli nasze postępowanie wobec bliźniego w rodzinie, w pracy, działalności publicznej, narusza prawa, godność, nietykalność, poczucie honoru, demoralizuje, to co znaczą nasze słowa: „odpuść nam nasze winy". Wydaje się, że niezbędne jest zadośćuczynienie. Rozmawiając z Panem nie można mechanicznie klepać formułki, lecz ważyć wypowiadane słowa, brać za nie odpowiedzialność. Odpuszczam winy - to niezwykle szlachetny akt woli osoby poranionej, skrzywdzonej, czasami ofiary. Występujemy w podwójnej roli: proszącego o odpuszczenie, ale i odpuszczającego. Tu nie chodzi o deklarowanie, rutynową wypowiedź. Powtarzając słowa modlitwy, rozmawiam z Panem. Czy wtedy uświadamiam sobie wagę słów, prawdziwość wyznania, deklaracji ? Pan wie, o co prosisz i z kim chciałbyś się w modlitwie pojednać, wobec kogo wyrazić skruchę, przeprosić i postanowić naprawić wyrządzoną krzywdę, przywrócić sens miłości. Chrześcijańskie, szczere relacje między nami wymagają poszanowania godności bliźniego, jego praw, nietykalności osobistej, równości, jako osoby. Szanuję twoje prawa, ciebie, twą godność, nie za to, jaki jesteś, ale dlatego, że jesteś!

         Jak tlenu, każdy potrzebuje dowodów akceptacji swej osoby, uznania, szacunku, rozumienia potrzeb. Dobre słowa, uśmiech, przyjazny gest, uczynek, docenienie - one otwierają serce, budują kładkę, dobry most komunikacji, rozumienia, naprawiają relacje, wypogadzają czoło, przywracają oczom blask, ustom uśmiech, znikają zmarszczki przygnębienia. Doznajemy, odczuwamy smak szczęścia! Takie chwile głęboko zapadają w serce, przynoszą nieoczekiwane zmiany, są jakby przekroczeniem progu do Królestwa, o które prosimy.

         I NIE WÓDŹ NAS NA POKUSZENIE - Pan dał nam wolną wolę, wspaniałą szansę świadomego czynu, pokazał drogę trudną, skalistą, co krok sprawdzającą nasze umocowanie w wierze, prawdziwej miłości, poczynając od współmałżonka, dzieci, rodziców, znajomych, przyjaciół, osób przypadkowo spotkanych. Twarda prawda Chrystusowego przykazania nie pozostawia żadnych złudzeń, że musimy odeprzeć pokusę, smak łatwego chleba, sukcesu, jeśli za tym kryje się strata, ból, cierpienie, nieszczęście bliźniego.

         ALE NAS ZBAW ODE ZŁEGO - ta nauka Chrystusa zawarta w Ewangeliach, Dziejach Apostolskich, przeniknięta jest znakami ochraniającymi nas od złego, jak znaki drogowe od wypadków, tragedii. Idąc traktem wskazanym przez Jezusa, idziemy drogą zbawienia. Pan zbawia nas ode złego naszymi dokonaniami. Święty Jan Paweł II dał nam przykład, jak być człowiekiem, mimo otaczającego zła. Miłość okazywana bliźniemu chroni nas od złego, pieczętuje naszą autentyczność chrześcijanina. AMEN !!!

         (Tekst modlitwy "Ojcze nasz" w języku polskim został zapisany w 1412, a wydrukowany w 1475 roku.)


(Jan Grandys, Tarnobrzeg)



MIŁOŚĆ BLIŹNIEGO


Kochać, jak to łatwo powiedzieć ...(cz. I)

         Myśl przewodnia piosenki Piotra Szczepanika posłużyła mi za tytuł do refleksji nad fundamentalnym wymaganiem, najświętszą wartością naszej wiary – MIŁOŚCIĄ BLIŹNIEGO.

         Wydaje się, że to zadanie zadekretowane nam przez Pana Jezusa, jest najtrudniejsze dla chrześcijanina, zmaga się z nim od czasu, kiedy On nauczał.

         Pan Jezus każdemu z nas umieścił poprzeczkę na wysokości rekordu życia, stosownie do wieku, stanowiska, pozycji w społeczeństwie, zasobów wiedzy, serca, a przede wszystkim aspiracji do tytułu Jego wyznawcy. To wymaganie przyrównać można do minimum zbawienia, jeśli posługujemy się olimpijskim pojęciem nominacji. To niejako warunek sine qua non. Rzeczywiście, relacje z drugim człowiekiem ogniskują się i poddają próbie jakości wszelkie wartości, wymagania, oczekiwania. Tak naprawdę nie trudno dostrzec, że tu raczej idzie sprawa o maksimum prawdziwości wiary - bowiem w tym obszarze praktykowania sprawdza się cała prawda o nas, bo próbie wytrzymałości poddane są praktyki respektowania przykazań. Kocham, jak to łatwo powiedzieć, już trudniej zrozumieć, a najtrudniej uwiarygodniać praktykowaniem wobec bliźniego, tu i teraz. Biskup Krasicki dobitnie wyśmiewa karykaturę bliźniego postacią dewotki, która: "... mówiąc: jako i my odpuszczamy biła bez litości".

         Aprobując oczywistość zadania Jezusa - zasadę miłości bliźniego, czy tak z marszu rozumiemy wagę, wielkość i trud zadania, skalę odpowiedzialności za jakość wywiązywania się z niego?

         Osoba bliźniego, to nie abstrakcja, wyidealizowany symbol idei, pojedyncza postać, lecz bardzo konkretne osoby, z całym bagażem ich zalet i wad. To nasi krewni, znajomi, przyjaciele, koledzy, współpracownicy, ludzie z ekranu, gazet, Internetu, filmu, sportu, polityki, spotkani przypadkowo w autobusie, w sklepie, pociągu, to dorośli, dzieci, młodzi, starcy, mężczyźni, kobiety, itd. Spotykamy się z nimi nieustannie. Nasze wzajemne relacje są dynamiczne. Te obustronne i wielostronne więzi są w grze życia, o różnym zabarwieniu, w temperaturze, mocno napięte, obdarzone sympatią lub złością, gniewem, przychylnością, życzliwością, goryczą po doznanym zranieniu, zadawnionej urazie, odczutej dopiero co, uldze. Amplituda natężenia emocji zabarwia nasze relacje paletą kolorów tęczy, od nadziei do rozpaczy, od przykrości do radości, od sympatii do obojętności, czy nawet nienawiści, pogardy.

         Odbieramy oddziaływanie bliźniego dynamicznie poprzez uczucia, w zależności od odległości, mocy sprawczej. Doznania, albo nas zbliżają, albo oddalają od bliźniego.

         Gdybyśmy mogli zobaczyć wytworzoną aureolę temperatury uczuć jego do nas i naszą do niego? Taki rentgen miłości mógłby każdemu bardzo rozszerzyć źrenice. Może obraz zadziałałby in plus? Realnie czujemy bliskość lub chłód i możemy się pokusić o ocenę, czy to jest miłość ?

         Miłością obdarujemy za ... wcale nie tak formalnie. Rozdzielamy nasze premie, ale nie według rozdzielnika katechizmu, lecz bardzo subiektywnie. Ewangelicznie każdy człowiek jest naszym bliźnim. Tylko nie twórzmy jego obrazu na obraz i podobieństwo własne i jakby ustawiając go na poziomie naszych oczekiwań. Mamy własnych bliźnich, a ci pozostali nie mieszczą się w naszym zbiorze pod nazwą bliźni.

         Stąd prosty wniosek - jeśli "NASZ", to mieści się określonych parametrach kwalifikacji i dopiero wówczas zasługuje na to, aby go kochać, jak siebie samego. Ale tak w praktyce nie jest, bo bliźnim, o którym mówi Jezus Chrystus, jest każdy chrześcijanin, każdy człowiek, nawet krańcowo nie do zaakceptowania, to zbiór postaw, praktyk wręcz nieprzyjaznych, antagonistycznych, cech charakteru mi obcych, zachowań, poglądów, aparycji, no i wielu innych przymiotów. Czy przypadkiem , w świetle realiów, Pan Jezus się nie zagalopował? Oczywiście nie! NASZĄ KATEGORIĄ BLIŹNIEGO obejmujemy tego, tu warto pokusić się o zatoczenie okiem wokół siebie, aby niejako dokonać przymiarki, komu przyznaję lub odmawiam tytułu bliźniego, kogo miłuję, jak siebie samego? Czy nie jest tak, że my ustawiamy bliźnich w polu miłości, jak na tarczy strzelniczej i pozycjonujemy go, to na obrzeżasz, to w samym centrum, albo całkowicie poza? Miłość do bliźniego na teraz, w naszej praktyce, ma coś z transakcji wiązanej. Łączymy zaangażowanie z oczekiwaniem, doznaniem, posmakowaniem jego miłości. Jeśli ma ona gorzki smak, jest przesłodzona, zbyt kwaśna, słona, wycofujemy się z entuzjazmu, optymizmu, zachowujemy dystans uczuciowy, a nawet pokazujemy plecy. Sądzę, że warto zastanowić się nad własną przymiarką miłości do bliźniego.

         Zbliżać się do Jezusowego zrozumienia miłości bliźniego, to osiąganie stanu pełnej godności chrześcijanina. I to może być ukryty filozoficzny kamień. Warto zastanowić się, jak w naturalny sposób praktykować miłość do bliźniego, odrzucając utopijne fasady, sprowadzając miłość do realiów codzienności i zachowując szczerość wiary. Ale o tym w drugiej części artykułu pt. "Dobre słowo otwiera serce".


(Jan Grandys, Tarnobrzeg)



Bierzmowanie - wsiadam do barki Chrystusa...

         Od pierwszej klasy gimnazjum trwa trzyletni, intensywny okres przygotowania do uroczystego przyjęcia Sakramentu Bierzmowania, dojrzałego aktu wiary, przez przyłożenie pieczęci Ducha Świętego.

         Symbolem spełnienia jest akt namaszczenia olejem świętym przez biskupa, udzielenie błogosławieństwa i przyjęcie imienia swego świętego Patrona podczas uroczystości z udziałem rodziców, rodziców chrzestnych i innych najbliższych z rodziny. W ich obecności młodzież wypowiada ważkie słowa wyznania wiary, potwierdza deklarację zostania wyznawcą Chrystusa, chrześcijaninem, członkiem rzymsko-katolickiego Kościoła. Słowa przyrzeczenia są wyrazem publicznego zobowiązania wobec Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego, władz Kościoła, tych którzy dali im życie i przynieśli do chrztu.

         Ten moment wieńczy wieloletnie przygotowania, kończące się gotowością świadomego potwierdzenia dojrzałości i bardzo osobistego złożenia wyznania wiary. Jak mocno tkwią w sercu słowa ugruntowane świadomością pełnej odpowiedzialności i obowiązku dochowania wierności Chrystusowi, Jego Ewangelii przez całe życie? Nie chodzi tu przecież o złożenie kolejnego przyrzeczenia. Od chrztu świętego, za sprawą decyzji rodziców, jesteśmy członkami Królestwa Bożego, Kościoła Świętego. To rodzice i kapłani formują zręby naszej religijności, czego wyrazem jest przystąpienie do Pierwszej Komunii Świętej.

         Od Pierwszej Komunii Świętej, przyjętej z wielkim przejęciem, poczuciem powagi, uroczystości, w ciągu następnych lat nadal, jako dzieci, praktykujemy zasady, wartości, tradycje i dorastamy do momentu, gdy rozpoczynamy 3 - letni okres przygotowań, by stanąć przed biskupem, a właściwie przed Chrystusem i prosić Ducha Świętego o Jego dary:

1. Dar Mądrości – by uznać, że Bóg jest miłością.
2. Dar Rozumu – by rozumieć prawdy wiary.
3. Dar Rady – by podejmować właściwe decyzje.
4. Dar Męstwa – by bronić wartości.
5. Dar Umiejętności – by dostrzegać Boga w świecie.
6. Dar Pobożności – by doskonalić relacje z Bogiem i ludźmi.
7. Dar Bojaźni Bożej – by być ufnym.

         Jest to jednak wiek dorastania, przez który każdy musi przejść, jak przez choroby dziecięce. Pamiętamy swe zmartwienia, radości „małolata”, zupełnie nowe sytuacje, do których, choć wchodzimy spontanicznie, to nie w pełni posiadamy przygotowanie - zaskakuje rozwój biologiczny, zmiany, które w nas zachodzą. Krytycznym spojrzeniem patrzymy na dotychczasowe autorytety: mamę, tatę, nauczycieli, a pojawiają się wokół nas nowe, znaczące osoby, nowe przyjaźnie, sympatie o innym zabarwieniu uczuciowym niż do kolegi, pojawia się ufność i zaufanie darowane bez gwarancji, a obniża się próg ostrożności. Dostajemy się w nurt rwącego górskiego potoku, porywającego nas siłą rozpędu! Znajdujemy się w nowym otoczeniu, bo następuje zmiana szkoły, leżącej czasem daleko od domu. Nie chcemy być osamotnieni, chcemy mieć miejsce w grupie. Porywa nas środowisko, nowy świat pełen kolorów, powabów, tajemnic, sekretów i wszystko wydaje się pozornie łatwe, normalne. Rozpoczynamy swe przeistoczenie z „małolata” w nastolatkę, młodzieńca, w dorosłego. Zmieniamy skórę - swe „upierzenie”, inaczej chodzimy, inaczej się ubieramy, a nasze ciało nabiera kształtów. Ani się spostrzeżemy, jak zostajemy oplątani. Być może pojawiają się naciski, wymuszenia, małe zobowiązania, odstępstwa od zasad i już mają na nas haka. Nie rozpoznajemy prowokacji, brniemy, ulegamy groźbom, toniemy… Wszyscy palą, próbują dopalaczy, piwa lub mocniejszych trunków, to i ja pozwalam sobie na to, co ”modne”, w tym, na wcześniejszą inicjację życia seksualnego. Pozwalam, by przy mnie wyrażano się wulgarnie, bo prawie wszyscy to robią, inaczej nie będę w grupie, tylko osamotniona/-ny, na marginesie. Takie myślenie rozcieńcza odpowiedzialność: jestem jednym, jedną z nas. Będę wytłumaczona/-ny, grupa uwalnia mnie od odpowiedzialności. Pozornie tak, ale co konkretnie mam z tego? Presja grupy to siła, której nie można lekceważyć, ani być pewnym, że przecież ja w każdej chwili mogę się wycofać. Tak! Powrót do normalności zawsze jest możliwy, ale jesteśmy pokaleczeni, zbrukani, z głową pochyloną i trudno wtedy określić wiarygodność swych relacji z Bogiem. Bo co mówi sumienie, do czego się zobowiązywałaś/-eś, co się stało z tym, co było, a już jest nieważne? Zapewnialiśmy samego Pana Jezusa i to jest nieważne? Za chwilę każda następna obietnica, deklaracja, zapewnienie, a nawet przysięga, będzie niewiarygodna!

         Najwyższym kryterium prawdy jest praktyka! Praktykowanie drogi Chrystusa pozwala posmakować, czym naprawdę jest wiara, godność chrześcijanina, tak na co dzień, zwyczajnie, kiedy młody człowieku zderzasz się z brutalnością, chamstwem, niesłownością, kpiną, złością, przemocą, naruszaniem godności, łamaniem prawa, obmową w gronie rówieśniczym, wśród bliskich! To jest ten górski potok rozhukany pozorną łatwością do momentu, kiedy trzeba uczciwie wyznać, kim chce się tak na serio być! Nie szukaj alibi, nie zrzucaj winy na innych! Dostałeś wolną wolę, rozum, trochę mądrości, radę, pobożność, umiejętności, kapkę męstwa, bojaźń Bożą, przyjaciół – nie udawaj Greka! A jednak otoczenie ma na mnie wpływ, nie ja sam o wszystkim decyduję. To nie może jednak być usprawiedliwieniem! Liczą się czyny - znajomość przepisu na dobry chleb pomaga, ale sam tekst bochenka nie upiecze, trzeba praktykować, czyli uwiarygodnić swoją przynależność, kompetencje… Warto o tym pomyśleć, zastanowić się, w co ja wchodzę, jak poważną podejmuję decyzję, z kim naprawdę zawieram swoje PRZYMIERZE! Nie z biskupem, proboszczem, katechetą, ale z Bogiem Ojcem, Jezusem Chrystusem i Duchem Świętym, zapraszając swego Patrona, wybranego świętego o upragnionym imieniu.

         Mała łódeczka wypuszczona na bezkres oceanu.

         Trzy lata sprzyjają dojrzewaniu, jest więc czas, aby:
- pojąć i zrozumieć istotę świętej wiary,
- pokochać Pana i Jego Ewangelię – dobrą nowinę,
- praktykować – doświadczać, gromadzić owoce miłości.

         Jest to także czas, aby to, co przyjęte rozumem, było świadomym akceptowaniem wymagań Pana, osobistą zgodą na pierwszy kontakt „twarzą w twarz” z Panem i szczerą wypowiedzią!    

         Niezbędna wiedza o religii ma zadecydować o dostąpieniu zaszczytu Sakramentu Bierzmowania?

         To nie wystarcza, bo poza wiedzą niezbędne są przekonania, siła więzi oparta na zaufaniu, miłości. Możemy to porównać do zauroczeniu piękną ścieżką, przypominającą drogę ku szczytowi K2 Chrystusa. To kojarzy się ze wspinaczką w rejony wysokogórskie. Wybierać się na nie trzeba z pełnym przeświadczeniem, na co się decyduję. W podróż taką drogą niezbędne jest profesjonalne przygotowanie. W ekwipunku mieścić się powinien entuzjazm, mocna wola, znajomość zasad, wymagań, to, czego się od siebie oczekuje, ale także na co mogą liczyć partnerzy. Gra idzie o poważną stawkę, dlatego nie mogę się lękać wyzwań. Winna to być moc wiary, a nie pozory, przyklepywane gadaniem! Uczestniczę, doświadczam tego, co to jest prawdomówność, odwaga cywilna, by mówić prawdę, dotrzymać słowa, być punktualnym, nie sięgać po nie swoje, ochraniać godność sympatii, nie narażać na obmowę, zachowywać się po rycersku, śmiało bronić i ponosić za swoje działania odpowiedzialność. To także - nie zawodzić w posłuszeństwie rodzicom, nie wybielać się, odmówić tego, co jest zakazane, szkodliwe, groźne dla zdrowia, co pozornie sprawia złudzenie przyjemności. Nie szkodzić sobie! W jakim stopniu, realnie, przez trzy lata trwa budowanie w sobie determinacji opartej na rzetelnej wiedzy o nauce Chrystusa (Ja jestem drogą ...), niezachwianej pewności, że prawda, miłość bliźniego, dobroć, spotykane w relacjach wśród wierzących, utwierdzą mnie w postanowieniu, umocnią moją wiarę, gotowość wytrwania i obrony wiary, zasad, idei. Specjalnie zaprogramowany, w formie kalendarzyka czas katechez, praktyk, ma dać sposobność zgłębienia zasad wiary, nabrać przekonań, rozproszyć wątpliwości, niepewności, poddać się próbom praktykowania, zahartować swe serce, umysł, zgromadzić argumenty pozwalające wychodzić obronną ręką z zapasów z pokusami.

        Na ile ten czas mnie zahartuje, wzmocni ducha, uzbroi, uodporni, odkryje wątpliwości, słabości, co w znakomity sposób pomoże zdobyć niezachwiane przekonania, zasady, wartości stanowiące niewzruszoną opokę wiary ?

         Wydana książeczka dla kandydata do bierzmowania będąca tematyką 3-letniego programu i listą obecności na ustalonych uroczystościach, nabożeństwach, niedzielnych mszach, itd., jest niejako asekuracyjnym dowodem obecności kandydata, podstawą do zaliczenia i uprawnieniem dopuszczenia do Sakramentu Bierzmowania. Kandydaci poddają się nakazowi, po trochę o charakterze administracyjnym, dla zdyscyplinowania frekwencji.Użyję modnego powiedzenia: mapa drogowa. Ten dokument jest niejako mapą drogową, rubryki, rodzaje nabożeństw, to przystanki na trasie do mety, dnia uroczystości. Czy po zebraniu wszystkich podpisów jestem gotowy do wypowiedzenia Credo swoim umysłem, sercem, duszą, wolą i świadomością, że biorę na swe ramiona zaszczyt i obowiązek dotrzymania słowa? A swą postawą na co dzień w nauce, w relacjach rodzinnych, wobec rodziców, rodzeństwa, dorosłych, koleżeństwa, w relacjach publicznych, we wspólnocie parafialnej, więc także wobec swej Ojczyzny, sprostam oczekiwaniom, pod słowem honoru danym Jezusowi Chrystusowi? Szlifowane diamenty mogą nabrać blasku - to zależy od kunsztu mistrzów, w tym przykładów i dobrej woli oraz autentyczności wiary młodzieży.Chodzi o to, aby okresu przygotowań nie upodobnić do schematu studenckiego podejścia do egzaminu: 3 x z = zakuć, zdać, zapomnieć.Przychodzi czas na pierwszą, samodzielną decyzję. To nie rodzice będą brać za nią odpowiedzialność, ale Ja! Ten moment ma charakter zwrotny. Oto po raz pierwszy, sam za siebie samego staję przed obliczem Pana i w swoim tylko imieniu ogłaszam wszem swoją wolę! Jak w tym okresie, bo to lata w rozwoju osobowości wcale niełatwe, zbudować prawdziwe, mocne, szczere decyzje, gdy zachodzą zmiany w zachowaniach, uczuciach, postawach wobec najbliższych, w gronie koleżeńskim, w miejscowym środowisku?

         Od tego momentu moje wyznanie wiary nie jest automatycznym powtarzaniem, ale wyznaniem płynącym z głębi duszy, serca, umysłu, wiedzy, przekonania, siły pewności, świadomości chrześcijanina. Potwierdzam, że bardzo świadomie wchodzę do grona wyznawców wiary w Chrystusa, że będę przy niej trwał/ła , bronił/ła, swoim życiem udowadniając, jak bardzo serio traktuję swoje zaprzysiężenie mojej wiary, wiary moich rodziców, przodków, wiary mojego narodu.

         W przyszłości przekażę moją wiarę swoim dzieciom, a codziennym życiem będę potwierdzała/ał swą wiarygodność prawdziwego wyznawcy Jezusa Chrystusa. Rodzi się pytanie, czy nie warto budować takiej deklaracji w toku szkolnej katechezy, w formie okresowej (semestralnej) samooceny kandydata. Samooceny złożonej bez przymusu, z własnej woli, wyrażonej opisem siebie, jako chrześcijanina. Ja o sobie piszę do siebie, do Pana. „Panie, to TY na mnie spojrzałeś, Twoje usta wyrzekły me imię”… Moje wyznania zaklejone w kopertach wracają do mnie przez kolejne etapy samooceny, aż do uroczystości. Mogą one posłużyć do korekty poprzedniej, stać się świetną okazją do dialogu z sobą, uzupełniania, poprawek, sporządzania listy swoich problemów do rozmowy z kapłanem, wyjaśniania wątpliwości, niepewności, utwierdzania się w przekonaniach, nabierania mocy wiary. Moje zapiski zostają mi wręczone na zakończenie przygotowań, a o ich treści wie tylko Autor i Chrystus.

         Warto o samoocenie rozmawiać, bo to poniekąd zaproszenie do kapitalnej formy, jaką jest refleksja nad sobą, nauka medytacji na ścieżce ku zbawieniu. Może ona stać się praktyką w dalszych latach życia.To dobry czas na dorastanie, utwierdzanie się w wierze, pomaganie w radzeniu sobie z własnymi problemami, pomocy w przełamywaniu momentów zwątpienia, d o j r z e w a n i u!

         Warto połączyć samoocenę z samodzielnym, uzasadnionym wyborem imienia świętego i przyjęciu go podczas bierzmowania w łączności z Duchem Świętym. Ot, spojrzenie osoby świeckiej na kwestię wrastania w wiarę, w nawiązaniu do czekającej młodzież tak wyjątkowej uroczystości pasowania Duchem Świętym, nowego zastępu rycerstwa Chrystusowego, w nawiązaniu do słynnych słów św. Jana Pawła II na Placu Zwycięstwa w Warszawie: „Niech zstąpi Duch Święty …"


(Jan Grandys, Tarnobrzeg)



MOJA SPOWIEDŹ

Kiedy przy kratkach konfesjonału ukląkłem
w bojaźni bożej – trochę się zląkłem.
Ledwie wyznałem mych grzechów połowę,
już Pan przytulił do piersi mą głowę
i z niepojętą miłością tak rzecze :
dobrze żeś przyszedł człowiecze.
Masz tu sandały i pierścień i szatę,
byś już nie świecił swych grzechów szkarłatem.
Idź i nie spoglądaj za siebie,
ale służ innym w potrzebie,
no i… do zobaczenia w niebie!
Tyle sił mi wtedy dodałeś. Tylem radości usłyszał,
że wszystkie dzwony bym rozkołysał,
by całemu światu głosiły … o Panie
Twoje i moje zmartwychwstanie.
Od dźwięku tych dzwonów by zadrżał każdego serca próg.
I uświadomił wam wszystkim - jaką miłością jest Bóg.


(Jan Kwaśnik)



Pamięć ukryta w kamieniu







Na wejście pieśnią pozdrowiono krzyż Chrystusowy,
By przed Panem życia i śmierci pochylić swe głowy.
Później celebrans z wiernymi uczynił znak krzyża.
Był to sygnał, że czas Eucharystii się zbliżał.


Ksiądz proboszcz od ołtarza – w kwiecistej laudacji
Przytoczył wiele dokonań ks. Stanisława Frączka – nie bez racji.
Przez siedemnaście lat pracy był ich łańcuch długi
I trudno jest wymienić tu wszystkie zasługi.
Jedynie Bogu znane są zamiary jego,
Który hojną przeznaczył nagrodą dla niego.
Najważniejsze, by gest ten utrwalić dla potomnych
W kamiennej tablicy, w kilku słowach skromnych.


Potem w pokornej modlitwie, nie w purpury powiewie
Śpiewając „Ty nam błogosław i ratuj w potrzebie”,
Przeszedł kapłan w najdalszy kościoła zakątek,
Poświęcić tablicę – symbol wszech pamiątek.
Przyszedł, gdzie zwykle stawał Celnik Łukaszowy.
Stanął teraz przy kropielnicy zmarły sługa Chrystusowy.
Ksiądz pokropił wodą święconą zacnego jubilata,
Który już od roku do Pana odszedł z tego świata.
Wzgardzony, odepchnięty wiele lat tułał się po szpitalach
i przytuliskach,
Nim spokojnie zasnął w Chrystusa uściskach.
Czy nie jest to dzisiaj tamtego losu chichot,
Że jako niebieski emeryt wrócił tutaj cicho ?


Spoglądał będzie teraz wnikliwie od progu,
Jakie dary serca zanosimy Bogu.
Czuwał będzie, czy najpierw przeprosimy brata swego,
Nim staniemy przed Najwyższym Majestatem świata tego.
W wodzie święconej zanurzy nam palce,
Byśmy ze złem codziennie zwyciężali w walce.


W czasie modlitwy wiernych prosiliśmy Cię Panie:
Ze źródła życia racz go swoją miłością upoić,
By mógł chore nerwy przed Twym Obliczem koić.


W chwili podniesienia garstka ludzi w pokorze uklękła,
Co przed gniewem Bożym niezmiernie się zlękła,
By poprosić o litość w Miłosierdzia Roku,
Aby już nie powtórzyć nierozważnych kroków.
Świadomi, że takie spory Bogu są niemiłe
Daj nam o Panie w dobrym wytrwać siłę.


Szli potem do Komunii staruszkowie zgarbieni,
Co na budowę świątyni wyjęli moc grosza z kieszeni,
Albo zaprawę nosili w pocie czoła,
Na chwałę Bogu – każdy ile zdołał.
Szedł i Pan Jan, który każdą cegłę przerzucił przez swe ręce,
Jemu również oddajemy szacunek w podzięce.
Drugi Jan, też murarz, od lat już patrzy z góry
Czy nadal w pionie stoją tej świątyni mury.


Na koniec była droga krzyżowa. Szliśmy wszyscy razem:
Ksiądz, co w swym życiu czasem się potykał
I nas na tej drodze upadłych spotykał.
Wszyscy mimo ciężaru grzechu wstawali wytrwale,
Bo jeden cel nas jednoczy – żyć w Chrystusa Chwale.
On nas wszystkich czule do serca przygarnie,
Byśmy swojej wieczności nie stracili marnie.

Krawce – piątek przed trzecią niedzielą Wielkiego Postu,
w Roku Miłosierdzia - 26 lutego 2016 roku

(Uczestnik spotkania - Jan Kwaśnik)



W rocznice śmierci Marcina Woźnego

Minął już rok kiedy Cię nie ma wśród nas.
Twój grób na cmentarzu przykrywa kwiatów las,
A Ty spoczywasz, spoczywasz, spoczywasz…
W tajemniczy sposób okrywasz doczesnych szczątków czas.
Pożółkła już fotografia, a Ty w uśmiechu trwasz.
Pewno miłości Stwórcy doznałeś już,
Bo Cię nie widzę wśród moich sennych burz.

Ojciec tylko i Matka stoją jak strażnicy przy grobie,
Bo ciągle Im tęskno po Tobie
I będą tak stali w swojej żałości,
aż złączą się z Tobą w wieczności.

Tylko dziewczyna zanosi gdzie było Wasze rozstanie
Bukiety kwiatów wilgocią ust całowane.
Podlewa łzami by róże nie zwiędły
I pamięć marzeń coście wspólnie przędły.
Modlitwę szepcze cicho we westchnieniach
By tchnieniem warg nie zdmuchnąć lampki nikłego płomienia.
Wosk zniczy powoli topnieje
I przechodzi strumykiem w nadzieję.
Ona wie, że istnieje pięknej miłości cud
Co przenika jak rentgen poza grób.
Tą drogą już ktoś kiedyś szedł
Z krzyżem ciężkim w ramionach
I z miłości dla nas tam skonał
I tą miłością nadal nas kocha,
Więc Ty dziewczyno nie szlochaj.

Marcinie zerwałeś już z Nią ostatecznie
Boś umiłował co wieczne.
Teraz błogosław Jej każdej miłości
Z radością i bez zazdrości.
Bóg jest Miłością i pragnie miłości.

Winnym by już można przebaczyć w wierze
Bo lepsze to niż nieme pacierze.
Trzeba by stanąć w swej duszy na wysokości
Choć przebaczenie jest najtrudniejszą formą miłości.
Podejmij ten krok i Marcinowi w ofierze złóż,
Jak bukiet kwiatów z najpiękniejszych róż.

Takie jest już od czasów Adama zrządzenie,
Że tu na ziemi znosimy cierpienie, cierpienie.
To ono pozwala nam lepiej zrozumieć,
Że już ktoś też umarł bez winy -
Syn Boga Jedyny.

(Jan Kwaśnik)



Na listopad... i nie tylko

"Życie to czas, w którym szukamy Boga.
Śmierć to czas, w którym Go znajdujemy.
Wieczność to czas, w którym Go posiadamy.”

(św. Franciszek Salezy)



W drodze do Emaus z księdzem Eugeniuszem Różańskim

         W dniu 8 września 2015 roku ksiądz Biskup Krzysztof Nitkiewicz ustanowił nową Kapitułę Kolegiacką przy Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej i Łaskawej w Janowie Lubelskim. Powołał też pierwszych kanoników tej kapituły.

         Do grona kanoników honorowych włączony został proboszcz parafii Wydrza ksiądz Eugeniusz Różański.

         To zaszczytne wyróżnienie to nie tylko piękny strój: sutanna z fioletowymi obszywkami i guzikami, fioletowy mantolet, a pod nim komża z fioletową podbitką, czy też dystynktorium – ozdobny łańcuch na piersiach z wizerunkiem Matki Bożej Janowskiej i Świętego Jana Chrzciciela – noszone podczas szczególnych uroczystości. Są to przede wszystkim obowiązki jak: propagowanie kultu Matki Bożej Różańcowej, troska o formacje kapłańską, działalność charytatywną i misyjną, oraz określone modlitwy w chórze kanoników tej kapituły. Jest to nagroda za szczególne rozmodlenie księdza proboszcza Różańskiego, które Go wyróżnia.

         Przez ostatnie lata miałem wiele okazji, by zaobserwować głębokie pokłady jego duchowości, uczestnicząc w wielu Mszach św., obrzędach czy osobistych spotkaniach. Jest to salezjańska szkoła modlitwy, której wzorem był Święty Jan Bosko. Mówił on „jedynym moim pragnieniem, to widzieć was szczęśliwymi w czasie (czyt. tu na ziemi) i w wieczności”. Tego właśnie pragnie ksiądz proboszcz dla swoich parafian. Widać to wyraźnie podczas Mszy świętej, gdzie w kolekcie zachęcając do modlitwy „módlmy się…” trzyma długo rozłożone bezradnie ręce, jakby czekał, by swoją łaską Ojciec Niebieski napełnił je. W milczeniu obejmuje myślami wszystkie życiowe sprawy i nierozwiązane problemy wiernych. Podczas modlitwy wiernych, prócz stałych wezwań za Kościół, za papieża wspomina zmarłych od 1973 roku parafian w rocznicę ich śmierci, pamięta o tych, którzy obchodzą swoje urodziny lub imieniny, wspomina chorych, cierpiących, samotnych i poleca wszystkie aktualne sprawy w parafii. Cytowane wyżej pragnienie Świętego Jana Bosko najlepiej widać przy ceremoniach pogrzebowych, kiedy to ks. proboszcz wręcz przekonuje Pana Boga, że był to najwspanialszy człowiek, którego żegnamy.

         Jego codzienny spacer z ulubionymi psami wśród łąk i pól między Wydrzą a Klonowem jest drogą do Emaus w czasie, której rozmawia z Jezusem Chrystusem. Kierując się na zachód mija zabudowania, a tam w oddali widać samotny cmentarny krzyż upamiętniający setki poległych żołnierzy podczas szturmu w czerwcu 1915 roku. Była to bratobójcza walka Polaków spod różnych zaborów na krwi, których wyrosła niepodległa Ojczyzna. Poleca ich dusze w Koronce do Miłosierdzia Bożego. Skręca w polną drogę w kierunku wysiedlonej części Klonowego. Stoi tam odnowiony krzyż – jedyny świadek tamtej części wioski. Przywodzi on na myśl ludzi, którzy tu żyli i pracowali. Wielu z nich już odeszło do wieczności, wielu żyje w rozproszeniu. Część z nich zna i spotyka się z nimi. Poleca ich opiece Bożej. Bardziej na południe widać w oddali okazałe zabudowania, gdzie mieszkał młodzieniec, który zginął w wypadku. Znał go dobrze od dziecka i uczył go. Wyprasza mu wieczny odpoczynek z Chrystusem zmartwychwstałym. Obok tamtych zabudowań jest wiele domów gdzie mieszkają dobrzy gospodarze, którzy umieją połączyć ciężką i uczciwą pracę z chrześcijańskimi obowiązkami. Jest to miłe mieć tylu dobrych ludzi i polecać ich Panu. Droga skręca na wschód. W grupie zabudowań na pierwszy plan wysuwa się zadbane i okazałe gospodarstwo. Tam leży człowiek złożony śmiertelną chorobą i czeka na modlitwę – jakby mógł o nim zapomnieć. Droga zamienia się w ścieżkę i prowadzi w kierunku kościoła i plebanii. Przy ścieżce dorodne zboża i okopowe, chociaż kraj narzeka, że jest suchy rok. Jest za co Bogu dziękować. Z pagórka widać lepiej, jak w głębi gęstej zabudowy podupada gospodarstwo i marnieją budynki. Tam gospodarz popadł w nałóg. Wzdycha smutno proboszcz i oddaje go w obronę Matce Bożej Łaskawej. Rozbawione psy wchodzą na teren plebanii.

         Zbliża się czas nabożeństwa w kościele filialnym w Krawcach. Wsiada więc do samochodu, mija długi szpaler domów, wymienia ukłony z przechodniami, a dzieci uśmiechają się radośnie. Tuż przy kościele jest uroczo położony cmentarz. Ma ksiądz jeszcze trochę czasu, przechodzi się więc alejką wśród 60 grobów. Znał prawie wszystkich tu spoczywających. Modli się w skupieniu. Zatrzymał się aż przy ogrodzeniu skąd rozpościera się piękny widok na dolinę Łęgu. Po obydwu stronach niewysokie wzniesienia porośnięte lasem iglastym. Patrzy, jakby chciał przeniknąć horyzont przysłonięty drzewami, bo tam w linii prostej kilkunastu kilometrów jest jego rodzinna miejscowość. Przenosi się tam myślami do rodzinnego domu, do świątyni, do znanych krajobrazów i na grób swojego Taty. Jakie to piękne, że możemy kochać nawet na odległość, nawet poza grób i mieć Pana Jezusa w zasięgu swojego serca. Zamyślił się, spojrzał na zegarek – czas na Mszę. Zastanawia się, które z tych spraw są najpilniejsze, by jeszcze raz polecić je ? Teraz już bezpośrednio żywemu Bogu w Eucharystii.

(Jan Kwaśnik)



 

Litania żniwiarza

    W Trójcy Świętej Jedyny Boże – wejrzyj litościwie na chleb, którego pierwociny zbieramy i stawiamy na Twym ołtarzu, przyjmij go, jako dziękczynienie za Twoją dobroć.
Boże, Ojcze wszechmogący, Stwórco nieba, ziemi i chleba powszedniego – dziękujemy Ci za ten nieoceniony dar Twojej hojności.
Boże, Synu Jednorodzony, Jezu Chryste, co jesteś Chlebem żywym, który zstąpił z nieba – dziękujemy Ci za dar dawania nam samego siebie.
Duchu Święty, Boże, który ożywiasz i uświęcasz chleb powszedni – dziękujemy Ci za cud wiecznej jego odnowy.

Chlebie, który stałeś się Ciałem naszego Pana – chwała Tobie.
Chlebie rozdany na Górze Tabor – bądź pragnieniem ludzi, którzy jeszcze nie zakosztowali Twego smaku.
Chlebie przełamany podczas Ostatniej Wieczerzy – stań się naszym umocnieniem.
Chlebie rozdawany przez kapłanów – uczyń z nich godnych i hojnych szafarzy.
Chlebie, który łączysz złote ziarna – połącz w miłości wszystkich ludzi.
Chlebie nasączony słonym potem rolników – stań się ich wieczystą nagrodą.
Chlebie falujący wśród łanów – wychwalaj swego Stwórcę.
Chlebie pokruszony przez wichry i grady – uświadom nam naszą niemoc.
Chlebie, który odpłynąłeś w strumieniach powodzi – głoś potęgę Pana.
Chlebie, który jesteś kłopotliwym i niezagospodarowanym towarem w nadmiarze – porusz sumienia rządzących.
Chlebie objawiony w marzeniach głodujących – stań się ich rzeczywistością.
Chlebie, który bywałeś cenniejszy od ludzkiego życia – nie odradzaj się więcej.
Chlebie odebrany uprowadzonym dziewczętom – przywróć im godność i wolność.
Chlebie z łanów poranionych wojną – daj światu pokój.
Chlebie łuskany przez uczniów Jezusa, który stałeś się zgorszeniem dla faryzeuszów – daj opamiętanie tym, którzy młócą cię pociskami.
Chlebie napoczęty przez tych, którzy od nas odeszli do wieczności – przypominaj nam, że nadal ich kochamy.
Chlebie, co wyciskasz łzy uchodźcom i tułaczom – przywróć im nadzieją na powrót do rodzinnych domów.
Chlebie, o który zabiegał św. Brat Albert – zagość we wszystkich przytuliskach.
Chlebie, w którym Jezus ukrył swoje bóstwo – bądź naszym posiłkiem w drodze do wieczności.

Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata – przebacz nam nasze nieuszanowanie Chleba.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata – wysłuchaj proszących Cię o Chleb.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata – zmiłuj się i przymnóż nam wiary w Chleb Eucharystyczny, jako dar nieocenionej miłości Chrystusa.

(Jan Kwaśnik)



 

„Nie ma szanującej się wioski,
gdzieby nie było Ochotniczej Straży Pożarnej,
bo jest ona ozdobnikiem swojej wsi”.

90 lat OSP w Wydrzy

 

         Ochotniczej Straży Pożarnej w Wydrzy w tym roku (2015) mija 90 lat. Wydarzenia takie wzbudzają wiele refleksji. W jednym ze swych wystąpień Prezes Zarządu Głównego Związku OSP powiedział: „Nie ma szanującej się wioski, gdzieby nie było OSP, bo jest ona ozdobnikiem swojej wsi”. Słuszne to słowa, wynikają z głębokiego docenienia roli, jaką straż odgrywa w każdym środowisku, tak w sensie niesienia pomocy potrzebującym, jak i tworzenia kultury środowiskowej. Prawdą jest, że organizacja ta w każdej rzeczywistości potrafi zachować swoją szlachecką tożsamość. Taką też była i jest nasza jednostka. Ludzie w niej zgromadzeni, ponad wszystko cenią sobie dobro środowiska i najbliższych. Jesteśmy i będziemy tam, gdzie żywioł zagraża naszemu wspólnemu dobru. Jesteśmy, by nieść pomoc poszkodowanym, by udzielać się na rzecz swojego środowiska i nie tylko.

         Z taką myślą zapewne nosili się nasi przodkowie, kiedy to w Wigilię Bożego Narodzenia 1924 roku, po pożarze u Burka na Wydrzy Matni nie odprowadzili do Grębowa sikawki strażackiej. Z zebranych informacji od najstarszych strażaków, powołanie OSP w Wydrzy określa się na przełomie 1924/1925 roku, kiedy to wybuchł wyżej wspomniany pożar u Burka. W tym czasie dyżur przy remizie w Grębowie ze swoimi końmi pełnił mieszkaniec Wydrzy Jakub Saja zwany „Kuna”. Wówczas na terenie Grębowa była to jedyna OSP, która posiadała szopę, zwaną „Remizą”, a na wyposażeniu jej były sikawka ręczna, beczkowóz na wodę i kilka bosaków. Po zakończeniu działań nie zwrócono tej sikawki do Grębowa, zatrzymano ją u Janeczki zwanego „Forwóz”, stawiając warunek, że zostanie ona zwrócona dopiero w przypadku zakupu przez Gminę nowej dla Wydrzy.

         W 1925 roku władze Gminy zakupiły żądaną sikawkę, a właściwie sam korpus, bez podwozia. Ochoczo przystąpiono do uzbrojenia tej pompy. Podwozie wykonał Rutyna z Miętnego zwany „Stelmach” z racji swego zawodu. Okucie zrobił kowal Adam Sanecki z Miętnego. On też został pierwszym Komendantem – Naczelnikiem nowopowstałej jednostki OSP. Na Sekretarza wybrano wówczas Walentego Rak zwanego „Bochenek”. Skarbnikiem został Stanisław Ożóg, zaś pierwszym Prezesem został Piotr Matyka zwany „Malica”. Tak było do wybuchu II wojny światowej.

         W czasie okupacji działalność OSP została zakazana, co nie znaczy, że strażacy nie gasili pożarów. Byli oni dalej strażakami, gasili pożary, odśnieżali drogi, jeździli końmi wykonując zlecona prze okupanta zadania zwane „Fośponami” Po zakończeniu działań wojennych na przełomie 1946/1947 Komendant Rejonowy OSP Karol Wiącek z Grębowa, zwany „Pinic” odnawia jednostkę OSP w Wydrzy. Naczelnikiem zostaje Wojciech Stadnik, Skarbnikiem Stanisław Saja, Sekretarzem Franciszek Ciba. Prezesuje nadal Piotr Matyka. W latach 1949/1950 Komendantem zostaje Stanisław Saja zwany „Prytek”, Sekretarzem i Skarbnikiem Karol Wdowiak, Prezesuje Jan Baran. W tym czasie z drewnianego budynku, w którym Niemcy mieli piekarnię, budowana jest remiza za Janem Burdzym, również drewniana. Dopiero w latach 60 – tych powstaje remiza murowana na obecnym miejscu, składająca się z jednego pomieszczenia z wjazdem od strony głównej drogi. W kolejnych latach następuje rozbudowa, by pomieścić samochód Star – 20. Okres ten dla OSP w Wydrzy to okres dobrej, wytrwałej, mądrej i kolektywnej pracy. Na walnym zebraniu w 1996 roku następują zmiany w Zarządzie. Do głosu dochodzi trzecie pokolenie. Wprawdzie Prezesem jest nadal Marian Rak, ale funkcje Naczelnika przejmuje Jerzy Baran, Sekretarzem zostaje Marian Lasota, a Skarbnikiem Jerzy Duma. W tym to okresie następuje dalsze ożywienie działalności tej jednostki. Podejmuje ona własną działalność gospodarczą. Z wygospodarowanych pieniędzy zakupiona zostaje znaczna liczba mundurów wyjściowych oraz mundury dla Młodzieżowej Drużyny Pożarniczej. Przy wydatnej pomocy finansowej Urzędu Gminy wymieniona zostaje posadzka w remizie, wykonany jest podjazd do remizy, wykonano i wbudowano drzwi wjazdowe do remizy. Wolą Zarządu naszej jednostki i wszystkich druhów było zakupienie sztandaru, byśmy mogli okazale reprezentować się na uroczystościach regionalnych czy resortowych.

         17 maja 1998 roku to dzień historyczny. Jednostka nasza w dowód uznania otrzymała sztandar wraz z odznaczeniem srebrnym medalem za zasługi dla pożarnictwa.

         Lata 2000 – 2005 to dla naszej jednostki kolejne wyzwania. Zarząd OSP w składzie: Prezes – Marian Rak, Naczelnik – Jerzy Baran, Sekretarz – Marian Stępień, Zastępca Naczelnika – Janusz Nieradka, Członek – Ryszard Janeczko oraz Komisja Rewizyjna w składzie Stanisław Burek, Józef Duma, Tadeusz Stępień przy pełnym zaangażowaniu całej jednostki, podejmując starania dalszej rozbudowy remizy z myślą o włączeniu naszej jednostki do Krajowego Systemu Ratowniczo Gaśniczego. To się nam udało. Remiza nasza została niemal całkowicie przebudowana. Dzięki prowadzonej działalności gospodarczej przez naszą jednostkę w drodze przetargu udało nam się uzyskać kwotę 42500 zł od Urzędu Gminy oraz 20000 zł z Zarządu Głównego Związku OSP w Warszawie. Została dobudowana do remizy świetlica i część socjalna, pomieszczenia magazynowe, boks garażowy, zmieniono całkowicie pokrycie dachu, ocieplono stropy, wnętrze wraz z otynkowaniem. W miejscu samochodu „Żuk” stanął ciężki samochód bojowy „Magirus” zakupiony przez Urząd Gminy Grębów z Zakładów „Siarkopol” w Machowie, który służy nam do dziś. Wszystkie prace związane z przebudową remizy nieodpłatnie wykonali nasi druhowie strażacy. Uwieńczeniem tego wysiłku była uroczystość 80-lecia działalności jednostki wraz z włączeniem jej do KSRG, która odbyła się 18 września 2005 roku. W dniu tym nasza jednostka została odznaczona złotym medalem za zasługi dla pożarnictwa.

         My strażacy jesteśmy po to, by nieść pomoc poszkodowanym oraz udzielać się na rzecz swojego środowiska i nie tylko. Jestem, przekonany, że zadania te były i są realizowane przez naszych strażaków. W przypadku klęsk żywiołowych naszym mieszkańcom była i jest udzielana daleko idąca pomoc materialna i fizyczna, poprzez przeprowadzanie zbiórek pieniężnych i darów materialnych. Przy znacznym wysiłku strażaków został wybudowany nasz kościół parafialny, plebania oraz wykonano szereg innych robót, jak układanie kostki na placu przykościelnym, pomoc przy malowaniu kościoła czy wykonanie ogrodzenia placu przy kościele. To nasi strażacy wybudowali „Zieloną Salę” przy remizie. To my wykonaliśmy szereg prac na mieniu wiejskim, sadząc między innymi tysiące drzew.

         Przedstawiając historię naszej OSP w tak uroczystej chwili jak 90-lecie jej działalności, z wielkim szacunkiem wspominamy druhów przeze mnie wymienionych oraz tych, którzy swoją pracą przyczynili się do tworzenia zrębów naszej OSP, a których już nie ma wśród nas, jak: Edwarda, Stanisława, Jana, Zygmunta, Mieczysława Stępniów, Stanisława i Władysława Kozłów, Tadeusza i Jana Ziółkowskich, Piotra Skrzypacza, Michała Pławiaka, Stanisława Mierzwę, Jana Burdzego, Karola Wdowiaka, Mariana Stadnika, Karola Saję, Eugeniusza Pliszkę, Stanisława Saję, Wojciecha Kurleja, Władysława Sączawę, Stanisława Skrzypacza, Jerzego Barana, Józefa Dumę, Tadeusza Stępnia i wielu innych, których lista jest długa, jak nasza historia. Cześć ich pamięci.

         Każde zaangażowanie społeczne osiąga zamierzone cele, gdy jest wsparte radą, pomocą czy też dotacjami finansowymi. Tak jest i z nami strażakami. Nasza służba staje się bardziej efektywna, kiedy mamy godne warunki i gotowość bojowa nie budzi wątpliwości. Stąd słowa podziękowania i ukłon w stronę władz Gminy Grębów, obecnego Pana Wójta Kazimierza Skóry za dotychczasową opiekę i troskę o właściwą realizację zadań przynależnych nam strażakom. W tak uroczystej i historycznej chwili, mając na względzie świadczoną nam przez wiele lat pomoc, przychylność i życzliwość słowa podziękowania kierujemy do Pani Zuzanny Paduch - Wójta Gminy Grębów, Władysława Stępnia – Posła na sejm RP, Wiesława Woszczynę – Komendanta Powiatowego PSP. Dziękujemy władzom wojewódzkim w Rzeszowie oraz miejskim PSP w Tarnobrzegu za pozytywne zatwierdzanie naszych wniosków o pomoc finansową oraz za wsparcie merytoryczne i szkoleniowe. Szczególne podziękowania dedykujemy władzom naszego Związku, druhowi Edwardowie Szlichcie, który swoją postawą był inspiracją dla naszego działania. Uczynność wyżej wymienionych instytucji, życzliwość ludzi tram pracujących pozwoliła nam na osiągnięcie pozytywnych wyników w realizacji naszych celów.

         Jako jednostka OSP działamy na terenie Gminy Grębów, gdzie jest 8 jednostek OSP. Nasza jednostka zrzesza 49 członków czynnych, 16 członków honorowych, 2 drużyny młodzieżowe i 1 drużynę żeńską. Na wyposażeniu jednostki znajduje się samochód bojowy, ciężki typ „Magirus”, samochód Fiat Ducato lekki, 2 pompy szlamowe, agregat prądotwórczy, walizka medyczna pierwszej pomocy, 4 komplety aparatów ochronnych dróg oddechowych, piła motorowa oraz podstawowy sprzęt ratowniczo-gaśniczy. Jednostka realizuje zadania w zakresie podstawowym, zgodnie z zadaniami wynikającymi z KSRG.

         Obecny Zarząd pracuje w składzie: Prezes Zarządu – Janusz Nieradka; Vice Prezes Naczelnik – Paweł Rutyna; Zastępca Naczelnika – Szymon Baran; Sekretarz – Dariusz Rutyna; Skarbnik – Łukasz Kobyłecki; Gospodarz – Jan Gorczyca; Członek – Paweł Walski. Komisję Rewizyjną stanowią: Przewodniczący – Kazimierz Kapała; Sekretarz – Janusz Janeczko; Członek – Andrzej Jaskot. Wolą tego Zarządu jest, jak i całej jednostki, dalsze kontynuowanie tej tradycji, by dbać o swoją jednostkę, remizę i jej otoczenie. Rok rocznie prowadzone są dalsze prace modernizacyjne wewnątrz remizy, jak wymiana posadzki, okien, malowanie i tym podobne prace. Upiększany jest teren wokół remizy, powstał tak potrzebny parking, przebudowane zostało ogrodzenie remizy i Domu Ludowego. Dzisiejsza uroczystość była inspiracją, by zmienił się plac przed budynkiem remizy. Na stałe zagościł na nim nasz Patron św. Florian. Zarządowi oraz druhom strażakom należą się słowa uznania za ich trud i wysiłek na rzecz OSP Wydrza i środowiska. Wielu druhów w dowód uznania otrzyma zasłużone odznaczenia. Niech one będą wyznacznikiem dalszej, owocnej pracy dla dobra jednostki i całej społeczności. Uroczystość dzisiejszą przeżyjmy w radości. Niech będzie to na chwałę tym, co odeszli, z poczucia obowiązku dla nas, dla pamięci potomnych.

         (Słowa te w dniu 30 maja 2015 roku, w uroczystość 90-lecia istnienia OSP Wydrza, w imieniu zarządu OSP Wydrza wygłosił druh Marian Rak)





 

Wczoraj do Ciebie nie należy.
Jutro niepewne...
Tylko dziś jest Twoje

(św. Jan Paweł II)

 

         Bardzo często zastanawiamy się nad tym, co będzie jutro, nie zwracając uwagi na obecnie rozgrywające się wydarzenia. Idąc przez życie nie dostrzegamy tego, co jest tu i teraz, nie dostrzegamy tego piękna, które nas otacza - naszego pięknego życia. Nie umiemy się cieszyć z tego, co mamy w danej chwili, dążymy do tego, aby osiągnąć szczęście, choć sami nie do końca wiemy, czym ono tak naprawdę jest. Może właśnie ono jest obok nas, na wyciągnięcie ręki…

         Powinniśmy cieszyć się każdym małym gestem, rzeczą, a nawet uśmiechem drugiej osoby. Dla nas może to tak niewiele, ale może właśnie druga osoba od nas tego oczekuje. Sam fakt, że jesteśmy, że żyjemy, że możemy chwycić za rękę kogoś nam bliskiego jest już ogromnym powodem do szczęścia i uśmiechu.

         I choć w życiu nie zawsze jest tak, jak tego chcemy, to bardzo często nie dostrzegamy pozytywnych stron wielu codziennych spraw. Wszystko, co się nam przydarza ma jakiś sens i musimy sobie zdawać sprawę z tego, że żadna chwila w naszym życiu się nie powtórzy. Z każdego doświadczenia powinniśmy wyciągnąć lekcję, która ma nas czegoś nauczyć. Sprawy z dnia „wczorajszego” nie powinny zostać nieuporządkowane. Tak naprawdę każdy z nas czegoś żałuje, każdy z nas wybrał niewłaściwą ścieżkę i każdy z nas nieraz w nieodpowiednim momencie powiedział kilka słów za dużo.

         Wszyscy wiemy jak trudno jest przebaczyć komuś, kto zrobił nam jakąś krzywdę, obraził nas albo jeszcze coś innego. Nie zaznamy spokoju serca, jeżeli będziemy dalej rozpamiętywać to, co było kiedyś. Musimy wybaczyć sobie i innym, albo przynajmniej spróbować.

         Pamiętajmy, że życie jest piękne w swojej prostocie. To, że tutaj jesteśmy to tylko chwilowe, to jest ten czas, którego więcej nikt nam nie podaruje.







 

Bronisław Szewc
Ksiądz, który ukochał Boga i ludzi…


Opis: C:\Documents and Settings\Eugeniusz\Pulpit\Ks. Bronisław Szewc\banner 300x200.jpg

 

         Czasy I wojny światowej i tuż po niej, były bardzo trudne w naszych stronach. Lata nieurodzajne na zabagnionych terenach powodowały niedostatek, głód i choroby. W czerwcu 1915 roku wojska rosyjskie podpaliły wszystkie budynki we wsi Wydrza przygotowując szturm na bagnety. Od października 1918 roku do kwietnia 1920 roku szalała pandemia grypy zwanej „hiszpanką”, na którą zmarło 123 osoby w ówczesnej parafii Grębów.
          W takich to właśnie czasach przyszedł na świat ks. Bronisław Szewc. Urodził się 23 maja 1918 roku we wsi Wydrza, przysiółek Klonowo, parafia Grębów. Był synem rolników Józefa i Katarzyny z domu Kuchta. Miał starszą o 4 lata siostrę Anielę. Uczęszczał do Szkoły Podstawowej w Wydrzy, a następnie do Gimnazjum w Tarnobrzegu. Tam wykazał się niezwykłymi zdolnościami do przedmiotów ścisłych. Mając takie uzdolnienia mógł wybrać każdą uczelnię. Poszedł jednak za głosem serca i w 1937 roku wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Przemyślu. Podczas okupacji radzieckiej a później niemieckiej Seminarium zamknięto. Kształcenie kleryków odbywało się w Lesie Brzozowskim w bardzo trudnych warunkach. Z powodu braków żywności lub ciężkich mrozów seminarzyści wyjeżdżali na kilkumiesięczne urlopy do rodzinnych domów. W tym czasie młody kleryk Bronisław przyjeżdżał do Klonowego i prowadził nauczanie matematyki w tajnym Gimnazjum grębowskim założonym przez prof. Stanisława Bąka, ks. Jana Barana i dr Wita Opatrnego. Lekcje odbywały się latem w polach na Chybie, a zimą w folwarku u pana Bloka.
         Święcenia kapłańskie Bronisław Szewc otrzymał 5 marca 1943 roku w Lesie Brzozowskim z rąk Biskupa Franciszka Bardy. Mszę prymicyjną odprawił w kościele parafialnym w Grębowie. Po miesięcznym urlopie posługiwał jako wikariusz w parafii Gorzyce do czerwca 1943 roku, a następnie w Zaleszanach do czerwca 1949 roku. Od lipca 1949 roku do czerwca 1951 był wikariuszem w Lubeni koło Rzeszowa. 28 czerwca 1951 roku został powołany na proboszcza w Tyrawie Wołoskiej dekanat Sanok II. Pozostał tam aż do śmierci, pełniąc posługę proboszcza przez 43 lata. Będąc na emeryturze pomagał w pracy duszpasterskiej swojemu następcy. Zmarł 7 marca 1999 roku i spoczywa na cmentarzu parafialnym w Tyrawie Wołoskiej.
         Parafia ta była niezwykle trudną placówką, na którą nikt dobrowolnie nie chciał iść. On ją przyjął z pełnym zaangażowaniem i pokorą.  Wcześniej proboszczowie zmieniali się tam po roku lub dwóch. Zimna i waląca się plebania z kamienia przeciekała. Budynki gospodarcze były kryte słomą. Nie było elektryczności, bitych dróg, a do najbliższego miasta było 23km serpentynami pod górkę. Teren do obsługi bardzo rozległy (5 kościołów i 7 szkół). Sytuacja społeczna po akcji „Wisła” nieciekawa.
         Przez pierwsze 11 lat posługiwał sam. Po swoje stronie miał bezgraniczną ufność Bogu, opiekę Matki Bożej, swój talent i młodzieńczy zapał oraz pracowitość i cierpliwość. Dzięki Łasce Bożej wytrwał tam 48 lat, a parafianie do dziś mówią o nim „to był święty człowiek”. Ks. Prałat Bronisław Szewc był zakochany w swoim kapłaństwie i wzorem dla współbraci kapłanów. Szedł przez życie cicho i spokojnie, zatopiony w pracy i modlitwie. Niczego nie chciał dla siebie. Żył bardzo ubogo rozdając wszystko potrzebującym. Był niezwykle gorliwym i cenionym kaznodzieją, który głosił misje i rekolekcje w całej diecezji by móc się utrzymać. Wykorzystując swój talent był prekursorem postępu cywilizacyjnego w tamtych czasach. Kiedy postanowił budować nową plebanię zbudował najpierw cegielnię na plebańskim polu, bo w promieniu kilkudziesięciu kilometrów nie było cegielni, a w parafii żadnego murowanego budynku. Na potoku obok plebanii zbudował małą elektrownię z prądnicy, którą znalazł na złomie i wyremontował. Koło wodne zbudował z desek, do których przytwierdził kilkadziesiąt poniemieckich hełmów. Oświetlił szkołę, kościół i plebanię. Przeprowadził też wodociąg pod własnym ciśnieniem ze źródła odległego o 2 km, zaopatrując kilka gospodarstw w wodę. Wodociąg ten działa do dziś. Naprawiał pierwsze radia, telewizory, motocykle. Opuszczone cerkwie przekształcał na świątynie i dzięki temu przetrwały do dziś. Powstałe inicjatywy i zdarzenia nie są przypadkowe. „To, co jest miłe i konieczne dla Boga, musi się kiedyś spełnić” - mówi obecny proboszcz ks. Jacek Chochołek.
         W dniu 19 września 2014 roku ks. Arcybiskup Józef Michalik Metropolita Przemyski poświęcił nowy kamienny ołtarz w kościele w Tyrawie Wołoskiej oraz tablicę upamiętniającą dokonania ks. Prałata Bronisława Szewca. We wstępie do książki „Bronisław Szewc ksiądz, który kochał Boga i ludzi” Abp. Michalik dał wyraz wielkiego uznania dla tego niezwykłego kapłana pisząc: „jestem przekonany, że niezwykłość śp. ks. Bronisława Szewca pozostaje ciągle do odkrycia przez nas wszystkich, szczególnie przez jego parafian, którym dalej służy swym pokornym wstawiennictwem u Pana, a przecież Bóg pokornym łaskę daje. Niech więc parafianie modląc się do swego dawnego proboszcza starają się odkrywać w najtrudniejszych sytuacjach życia owocność jego wstawiennictwa, bo dobro duchowe jego owczarni nie przestało być troską Chrystusa i Chrystusowego kapłana.” Zachęceni więc tymi słowami ks. Arcybiskupa będziemy szukać u Ciebie Księże Prałacie Chrystusowy Kapłanie:


Śladów Twoich stóp, które Cię przetrwały,
Echa Twoich słów, które nie przebrzmiały.
Szukać będziemy siły Twoich modlitw, co świat przemieniały
I znaków Twej dobroci, co owoc wydały.

Chcemy znaleźć i naśladować w prostocie Twego życia – wielkość,
W pracy – uświęcenie,
W miłości do ludzi – radość,
W modlitwie – zbawienie.

(Zamyśleniami podzielił się z nami Pan Jan Kwaśnik)







 

 

„Dostaliśmy Aniołka…”


 

 

     Czasem zrozumieć to wszystko jest tak trudno, i ciężko sobie wmówić, że życie jest próbą, że ktoś ułożył ten plan precyzyjnie, kiedy odchodzą szybko Ci, którzy żyli tak niewinnie. Żyła nasza mała gwiazda Martynka Dec, zaledwie dwa latka, dwa cudowne lata, które skończyła 20 marca 2015 roku.
     Martynka urodziła się z poważną wadą serca, mieliśmy świadomość tego, że kiedyś od nas odejdzie, ale nikt nie przypuszczał, że stanie się to tak szybko. Każdy odsuwał tę myśl od siebie jak najdalej.
     Chcę Ją zapamiętać uśmiechniętą, pełną energii. Ostatnie miesiące swojego życia spędziła w szpitalu. Kiedy ostatni raz u Niej byłam, widziałam Jej uśmiech i miłość, jaka od Niej biła. Pamiętam, bawiłyśmy się piłką, a Ona tak bardzo się cieszyła. Kiedy wzięłam Ją na ręce, przytulała się, pomimo tego, że nie bywałam u Niej często, nie bała się, czuła, że jestem bliska Jej sercu, bo to przecież ja Twoja mama chrzestna, a teraz Ty jesteś moją mamą, która będzie teraz czuwać nade mną i wszystkimi, którzy dali Jej miłość i lepsze życie, a przede wszystkim nad swoimi Rodzicami, bo miała najlepszych na świecie. Dali Jej wszystko, co tylko mogli. Ona miała tyle miłości, że nawet największy ocean by jej nie pomieścił. Ta miłość nie miała granic i dalej nie ma, bo Martynka dalej jest kochana i będzie na zawsze.
     Jak to jest możliwe, że taka mała istota daje tyle miłości i potrafi przyciągnąć do siebie tylu ludzi ? Takie sprawy są niepojęte dla prostego człowieka. Dostaliśmy Aniołka i cieszmy się z tego, a wtedy Ona, tam na górze będzie na pewno szczęśliwa, bo Ona chce widzieć nasz uśmiech, a nie nasze łzy.

Nie płacz w liście
nie pisz, że los ciebie kopnął
nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia
kiedy Bóg drzwi zamyka - to otwiera okno.

(Ks. Jan Twardowski)

(Zamyśleniami podzieliła się Kamila Konefał, Matka Chrzestna Martynki)


 

 

 

 


Kapłańska refleksja wielkoczwartkowa


Własnego kapłaństwa się boję,
własnego kapłaństwa się lękam

i przed kapłaństwem w proch padam,
i przed kapłaństwem klękam

W lipcowy poranek mych święceń
dla innych szary zapewne---
jakaś moc przeogromna
z nagła poczęła się we mnie

Jadę z innymi tramwajem---
biegnę z innymi ulicą---

nadziwić się nie mogę
swej duszy tajemnicą

(Ks. Jan Twardowski, 1915-2006)












Wracając z pogrzebu ks. Stanisława Frączka…






Cmentarz na szczycie pagórka za wsią
Z widokiem na Targowiska –
I budzący zachwyt klasztor w oddali.
Prawie u szczytu Ty w cieniu krzyża.
Czyż nie podobna topografia jak na Golgocie?

Wtedy był dzień przygotowania do szabatu.
W Targowiskach słoneczna sobota
I przygotowania do niedzieli trwają.
Czy to nie Twoja Golgota?

Pochowali Cię obok ojca i matki.
Tam też obok Matka stała
Tam jeden był uczeń
Tu stałem pośród wielu
Tylko, że nikt mnie nie polecał.

Kiedy było już po wszystkim…
Ziemia się zatrzęsła, zasłona Przybytku pękła
I mrok nagle zapadł.
Tu schodziłem po śliskim, gliniastym zboczu.
Zasłona buntu rozdarła się we mnie
Zamiast błyskawic olśniła mnie prawda
I sumieniem zatrzęsło.

Schodząc dalej usłyszałem pianie koguta w opłotkach
On przypomniał mi nagle jak nieraz wychodząc z kościoła
Miałem wyraz twarzy jakby mnie poczęstowano
Zakwaśniałym winem w dzień świętego Jana Ewangelisty.
Bo On grzmiał, abym cały dekalog przyjął i przestrzegał,
A mi to nie odpowiadało.
Mógł przecież zrobić choćby jeden wyjątek w przykazaniach
Jakoś wygodniej by było.
On się uparł i nie!
Buntowałem się i wymachiwałem pięściami przed nim,
Bo za dużo ode mnie wymagał.

Schodzę coraz niżej. Schodzę. Schodzę…
Wiem, że dopóki jestem w drodze
Wszystko jeszcze może się zdarzyć.
Żałobne dzwony niosły dostojne dźwięki,
By umarłym zmartwychwstanie,
A żywym trwogę i skruchę głosić.
Serca tych dzwonów – pokruszyły kamienie buntu
I wrogość w moim sercu.
Wszystko to spalam na stosie ofiarnym,
By oświetlić sobie drogę,
Którą mam iść ku własnemu zmartwychwstaniu.

Ciągle moja droga nie jest jednak wystarczająco jasna.
Na nic całopalenia i dary,
Na nic moje ofiary.
Muszę wyzbyć się złości
I złożyć ofiarę z miłości
By zgasić Ci czyśćca płomienie
I spełnić Twoje marzenie.

Targowiska – Wydrza 28 lutego 2015.

(Zamyśleniami podzielił się z nami Pan Jan Kwaśnik)








Zamyślenia nad fotografią zmarłego tragicznie
Marcina Woźnego





    Dziękujemy Ci Panie Boże za dar życia Marcina, którego powołałeś do siebie. Dałeś Go Jego Rodzicom, jak rozdawałeś talenty swoim sługom w Mateuszowej Ewangelii.
     Po czternastu latach, trzech miesiącach i trzech dniach powróciłeś, by się z Nimi rozliczyć. Wiedzieli żeś jest twardy i chcesz żąć, gdzie nie posiałeś i zbierać tam, gdzieś nie rozsypał. Oni na szczęście pomnożyli Twoje talenty. Wychowali Ci młodzieńca wspaniałego. Chłopca o kruczych włosach z zadbaną fryzurą, z jasnym, rozpromienionym czołem. Jego ciemnobrązowe oczy w przepięknej oprawie z nieprzeniknioną głębią są obrazem jego duszy nieskalanej grzechami dorosłości. Oczy ciekawe poznania otaczającego świata i odwiecznej Prawdy. Chłonął piękno otoczenia, w pośpiechu rejestrując zdarzenia i obrazy przynaglane nieznaną siłą a może talentem zapamiętywania, by szybko ubogacać swoją osobowość. Uśmiech posrebrzany, bielą zębów szczery, naturalny i radosny, ale poważny, pełen wdzięku jest odzwierciedleniem serca. Serce miał wrażliwe, otwarte na miłość, na przyjaźń, na koleżeństwo, na współczucie i gotowość pomocy, na plany i marzenia, na rodzinę. Serce jeszcze bez doświadczeń, niewielkie, ale pojemne i zawsze gotowe, nastawione na innych. Mocne ręce wyćwiczone na treningach i w codziennych pracach w domu, w którym wszyscy od pokoleń ciężko pracują, trzymają w objęciach przed sobą plecak. Tym gestem Marcin mówi nam „mam tu w nim skarby, których mi nikt nie odbierze, bo niebawem muszę się rozliczyć przed Bożym Majestatem”.
     Czy można więcej wyczytać w kadrze, który uchwycił ułamek sekundy kruchego ludzkiego życia? Gdybyśmy się wpatrywali codziennie godzinami i wzrokiem i sercem w to zdjęcie, to z czasem i tak będzie się nam zacierać ostrość widzenia, bo Marcin coraz bardziej będzie należał do Boga. Większość to tajemnica między Stwórcą a Nim i nikt z nas nie policzy Jego zrywów serca, olśnień myśli czy ekstazy ducha. Reszta to milczenie, co wszystkich poruszy.
     W tamten pamiętny sobotni wieczór Marcin będąc w drodze usłyszał głos Boga „Marcinie!” On wychowany w posłuszeństwie, gotowy na każde wezwanie, jak na strażaka przystało odpowiedział „oto jestem”. Tak odpowiedział na głos Pana Abraham w krainie Moria, czy też Samuel, pomocnik kapłana Helego. W tamtej chwili Pan powiedział do Marcina „pójdź za mną” jak przed wiekami do synów Zebedeuszowych i celnika Lewiego, tamci natychmiast zostawili ojca, i najemników, i sieci i łodzie, a Lewi komorę celną, i poszli za Nim. On też natychmiast poszedł do Pana zostawiając matkę i ojca, brata i babcię, krewnych, nauczycieli, koleżanki i kolegów, nie pożegnał się nawet z koleżanką, którą odprowadzał. Jego pies wyczekuje Go nie orientując się w sytuacji. Zostawił też plany, marzenia i nadzieje, które pokładaliśmy w Nim. Najbliższym i nam wszystkim pozostawił tylko wspomnienia, boleść i trudne pytania – dlaczego?
     Do trumny dali Mu różaniec, by rozważał wszystkie te tajemnice, a On się nie modli i nie przesuwa paciorków, bo oniemiał ze zdumienia. Pan Bóg bowiem sam okazał Mu największą tajemnicę – tajemnicę Miłości Miłosiernej. Wykąpany w sakramencie chrztu świętego, przyodziany bielą przyjmowanych Komunii, jak puszystym ręcznikiem z naręczem dobrych uczynków niby z bukietem kwiatów, potrzebuje tylko nogi umyć w strumyku czyśćca by uzyskać pierwotne piękno. Panie, nie trudź się i nie przepasuj jak w Wieczerniku w przeddzień Paschy. My to zrobimy za Ciebie, bo kochamy Go przecież. Obmyjemy Jego nogi łzami miłości i skruchy, wytrzemy je szorstkością spracowanych rąk i osuszymy tchnieniem wyszeptanych modlitw, by wszedł nieskazitelnie czysty na pokoje Twego Królestwa.
     Te wspomnienia, które po sobie zostawił są miłe i bogate, bo „był dobry jak chleb”. Ten ból, który nam sprawił swoim odejściem będzie nas uszlachetniał i uświęcał, byśmy mogli dołączyć do Niego. Pozostały też liczne i trudne pytania – dlaczego? Dlaczego odszedł ? Bo był Jego własnością. Dlaczego w tak tragiczny sposób zniszczono Jego ciało, przecież było świątynią Ducha Świętego? Stało się tak, bo tam świątynią Jego duszy będzie blask chwały Chrystusowej. Ciało bez duszy jest tylko garścią popiołu. To dlaczego, odszedł tak nagle, bez pożegnania?  Pan Bóg w swej miłości zaoszczędził Mu łez, bo rozstania są zawsze trudne. No to dlaczego, tak młodo rozstał się z tym światem? „Ponieważ spodobał się Bogu, znalazł Jego miłość (…) Zabrany został, by złość nie odmieniła Jego myśli albo ułuda nie uwiodła duszy”. Czy zasłużyliśmy na to, że zostawił nam tyle łez i cierpienia ? Rozpaczamy, bo jesteśmy ludźmi małej wiary. Gdybyśmy uwierzyli głęboko w to, co Pan przygotował dla nas nie zasmucalibyśmy się. Panie przymnóż nam wiary, byśmy przestali płakać.  Komu była potrzebna ta śmierć Marcina? Potrzebna była nam, a On najlepiej potrafił to załatwić u Pana, by wzmocnić naszą nadzieję, a miłości nikt nam nie odbierze, bo będziemy Go kochać jeszcze bardziej.

„ Miłość mu wszystko wyjaśniła,
Miłość mu wszystko rozwiązała
Uwielbia teraz tę Miłość
Gdziekolwiek by przebywała.”

(Parafraza fragmentu wiersza „Pieśń o Bogu ukrytym” św. Jana Pawła II)

(Zamyśleniami podzielił się z nami Pan Jan Kwaśnik)